Bębło, Boromir i brak czucia w palcach. Prawdziwe oblicze Jury
Słuchaj w formie podcastu
Nie zamierzam szkalować letnich wycieczek na Jurę, bo kto nie kocha białych skał w zielonym entourage’u, plam z lodów na bluzce, chłodnego cienia jaskini i moczenia spuchniętych nóg w potoku. Jednak letnia Jura jest Jurą w wersji light, oczywiście malowniczą i wciąż szalenie ciekawą, ale utemperowaną, trochę jak owczarek niemiecki, któremu ktoś wcisnął czerwoną świąteczną kapotkę. Niby pies wciąż ten sam, ale experience już niekoniecznie. A prawda jest taka, że jeśli nie byliście zimą na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, to trochę tak, jakbyście nigdy nie byli.
Nazwijcie mnie ortodoksem, ale uważam, że prawdziwa natura Jury objawia się dopiero zimą, kiedy fantastyczne wapienne kształty majaczą między bezlistnymi drzewami. Trochę jak fatamorgana, bo kto normalny uwierzy, że tak mogą wyglądać skały. Nawet najbujniejszą wiosną warowne zamki zwane Orlimi Gniazdami nie prezentują się tak dostojnie i niepokojąco, jak na białym, śnieżnym tle, kiedy mróz szczypie w policzki, a przy dłuższym postoju traci się czucie w palcach u nóg. Kiedy równe, szybkie tempo wędrówki trzyma nas przy życiu, a jaskinie chronią przed ostrym wiatrem.
Chcecie poczuć się jak koczownicy w skalnych jamach? Po prostu zatrzymajcie się na chwilę w jednej z głębszych jaskiń. Wyciągnijcie tabliczkę twardej od mrozu czekolady, termos parującej czarnej kawy i zawinięte w papier śniadaniowy kajzerki z serem, szynką i ogórkiem. Potem przytulcie się do siebie, jak pingwiny podczas słynnego z filmu marszu i już macie wspomnienie, które będzie do was wracać przez wiele lat.
Onomastyczna orgia, czyli co to znaczy Bębło
No dobra – wiecie już, kiedy na Jurę jechać, ale czy wiecie, czym ona jest?
Po pierwsze – jedną z najpiękniejszych i najciekawszych krain w Polsce, wciąż trochę niedocenianą na tle zatłoczonego Zakopca, przyciasnych w sezonie Mikołajek czy Władysławowa, które latem zmienia się w labirynt straganów, budek z lodami i bujających się w górę i w dół samolotów na monety.
Jura, a formalniej Wyżyna Krakowsko-Częstochowska, to region rozciągający się pomiędzy Częstochową a Krakowem, tworzący pas długości około osiemdziesięciu kilometrów. Wielką zaletą Jury jest jej kompaktowość – powierzchnia około 2600 kilometrów kwadratowych to w rzeczywistości nie tak dużo – dla porównania Mazury zajmują jakieś 13000 kilometrów kwadratowych. Jura bardzo efektywnie tę swoją powierzchnię wykorzystuje, bo skupienie atrakcji na każdy metr kwadratowy jest tu bardzo wysokie.
W zasadzie nieważne, gdzie urządzicie sobie bazę, wszędzie będziecie mieć blisko. Z naszego domku w Lgocie Murowanej do najdalszego miejsca jechaliśmy pięćdziesiąt minut, a do najbliższego szliśmy kwadrans, a Lgota nie znajduje się nawet w sercu regionu. Zresztą gdybyście potrzebowali jakiegoś dodatkowego pretekstu, żeby Wyżynę Krakowsko-Częstochowską polubić, posłuchajcie nazw tutejszych miejscowości: Bębło, Sąspów. Troks, Chechło czy mój osobisty faworyt – Hutki-Kanki. Jeśli drzemie w was uśpiony toponimiczny śledczy, na Jurze będzie miał tyle zabawy, ile przedszkolak, który trafił na wiaderko farby i białą ścianę. Chociażby takie Bębło – czy ma coś wspólnego ze słowem „bebło” oznaczającym kogoś powolnego lub otyłego, kto stoi tam, gdzie go postawiono? A może z czasownikiem „bebłać”, czyli mamrotać po pijanemu?
Park Jurajski bez dinozaurów, ale z amonitami
To nie koniec tej onomastycznej orgii, bo przecież samo słowo „jura” ma imponujące, działające na wyobraźnię koligacje, ze wszystkimi częściami Parku Jurajskiego na czele. Wiadomo, że Jura to okres geologiczny, ale nie jakiś tam pierwszy z rzędu. To wtedy na Ziemi panowały dinozaury, skrzypy miały wielkość drzew, a po niebie latały potężne jaszczury, przy których smoki Daenerys Targaryen wyglądałyby jak kanapka z serem przy Croque Madame. Co prawda po samej Wyżynie niełatwo byłoby dinozaurom chodzić, bo przez większość czasu rozciągało się tu pradawne, ciepłe morze, ale liczy się kontekst.
Ciężko znaleźć w Polsce region, przypominający Jurę, bo tutejszy krajobraz jest pod wieloma względami unikalny.
Ta unikalność ma swoje źródło w skromnym, mogłoby się wydawać, wapieniu. Ot, taka tam biaława skała, nic ciekawego, widziało się lepsze. Ale ten jurajski pochodzi od pradawnego morza i jak wielkie szarobiałe jajko z niespodzianką skrywa w sobie wiele skarbów – śladów podwodnego życia sprzed raptem stu pięćdziesięciu milionów lat. Nie jest niczym szalenie niespotykanym znaleźć tu skamielinę chociażby amonita, więc jeśli przypadkiem na szlaku spotkacie pięcioosobową rodzinę, która przykucnęła w kółku z oczami wlepionymi w ziemię, to prawdopodobnie my. I proszę się nie śmiać, wcale nie zgubiliśmy kolczyka, po prostu jesteśmy poszukiwaczami skarbów.
Odcienie szarości
Zimową kolorystykę na Jurze można by opisać prosto – szarawe na białym. Ale nie dajcie się zwieść tej prostocie, bo odcieni, faktur i kształtów jest tu więcej niż zużytych chusteczek higienicznych pod łóżkiem naszej średniej córki po przechorowaniu grypy. Pierwsze szarawe to wapienne skały – ostańce wznoszące się na wysokość do kilkudziesięciu metrów.
Te skały dowodzą, że kreatywność natury nie zna żadnych granic. Przywołajcie sobie dowolny kształt – furtkę, lalkę, okno, słonia – i każdy z nich tutaj znajdziecie.
Są ogromne skalne góry, które z jednej strony przypominają grupę pochylonych, zakapturzonych postaci, a z drugiej trzy psy, sarnę i ślimaka. Nasz Młody wypatrzył na przykład wyścigówkę z Hot Wheels i swoją panią od angielskiego. Co zobaczycie wy, zależy wyłącznie od waszej wyobraźni – a ta na Jurze do popisu ma pole wielkości Camp Nou w Barcelonie.
Słynne są też wysokie pojedyncze jurajskie maczugi, które wyglądają, jakby miliony lat temu któryś z bogów zrzucił je z nieba. Są kamienne labirynty i jaskinie – w niektórych zmieściłaby się wyłącznie mysz, w innych cały pułk konny. Tutejsze lasy są gęste, dlatego skały w pełnej okazałości obejrzycie właśnie zimą. Jest przecież świętą zasadą podglądacza, że w cudze okna najlepiej zagląda się od grudnia do lutego. Nawet lekko zaśnieżona Jura wygląda jak las, w którym zginął Boromir z Władcy pierścieni. Wędrując wśród bezlistnych drzew i surowych, sinawych bloków skalnych, mimowolnie będziecie wypatrywać Legolasa albo Wiedźmina pędzącego w pogoni za padlinożernym ghulem.
Orle Gniazda
Drugie szare to tak zwane Orle Gniazda, czyli system średniowiecznych gotyckich zamków, które wyglądają jakby trochę mimochodem przysiadły sobie na szczytach różnych masywów skalnych. Na ścianach i w zakamarkach warowni też możecie wypatrywać skamieniałych amonitów, bo budowle powstały z tego, w co jak już wiadomo Jura obfituje – wapieni z pradawnych mórz.
Zima doskonale podkreśla ich prawdziwy charakter – twardych, wytrwałych obrońców, w swojej kamiennej prostocie groźnych i dziwnie pociągających.
Lato, słońce i zieleń trochę je oswajają, ale najprawdziwsze są właśnie takie – ciche, surowe, patrzące na nas z góry jak orzeł szukający kolejnej ofiary.
Pomiędzy tymi zamkami pociągnięto jeden z najstarszych i najpiękniejszych polskich szlaków turystycznych. To Szlak Orlich Gniazd liczący 163,9 kilometrów. Biegnie od Krakowa ku częstochowskiej Jasnej Górze, nie prosto, tylko splątaną serpentyną. Po drodze zalicza zamki w Korzkwi i Ojcowie, Pieskową Skałę, Rabsztyn, warownie w Bydlinie, Smoleniu, Pilicy, Ogrodzieńcu, na Górze Birów, Morsku, Bobolicach, Mirowie, Ostrężniku i Olsztynie. Te powstały z rozkazu Kazimierza Wielkiego, a za zadanie miały przede wszystkim bronić Krakowa i traktów handlowych Małopolski. Potężne wzgórza i niedostępne, dzikie skały perfekcyjnie nadawały się na budowę kamiennych strażnic.
Niestety, czas nie był dla wielu z nich łaskawy – do teraz z licznych i potężnych jurajskich zamków przetrwało zaledwie kilka. Reszta to ruiny, ale wciąż malownicze, wyglądające jakby powoli wracały do domu – zasysane do wnętrza wielkich, kamiennych wzgórz. Namawiam, żeby tych pół- i ćwierćzamków nie lekceważyć. Starte przez czas mury, powalone portale i skruszone ściany sprawiają, że budowle wydają się bardziej organiczne. Powoli zaciera się różnica, pomiędzy tym, co stworzył człowiek, a tym, co stworzyła natura.
Ogrodzieniec
Królem jurajskich zamków jest niewątpliwie Ogrodzieniec – największy i najbardziej imponujący na Szlaku Orlich Gniazd. Nie zobaczyć go, to tak jakby pojechać PKP i nie zjeść schabowego w Warsie. Po prostu nie wypada. Zimą podzamkowe stragany trwają w hibernacji w oczekiwaniu na początek sezonu, jest więc cicho, a ryzyko powrotu do domu z drewnianą piszczałką i żyrafą, która po pociągnięciu za sznurek pada, a potem wstaje, jest bliskie zeru.
Bez tych wszystkich głośnych i pstrokatych pułapek na turystów zamek wygląda jak przeniesiony tu z Baśni braci Grimm.
Ale nie tych disnejowskich, ale oryginalnych, po przeczytaniu których nawet dorośli mieli problemy z zaśnięciem. Ta filmowa uroda to nie tylko nasze wrażenie, bo Ogrodzieniec był już gwiazdą Janosika, Zemsty oraz Wiedźmina.
Zamek, jak przystaje liderowi regionu, wznosi się w samym sercu Jury, w małej miejscowości Podzamcze, na największej z tutejszych gór – Górze Janowskiego o wysokości 516 m n.p.m. Masywna, dostojna budowla idealnie wkomponowała się w kamienne otoczenie. Zobaczycie ją już z daleka, ale wciąż jeszcze nie będziecie pewni, czy to faktycznie zamek, czy jego doskonała skalna imitacja. Zanim wejdziecie przez główną bramę, skręćcie na chwilę w prawo – tylną ścianę warowni tworzą niedostępne, wielkie bloki skalne o dziwnych, bulwiastych brzegach, z których wrastają białe zamkowe mury. Front zamku jest tylko odrobinę bardziej zapraszający. Ale przynajmniej będziecie w stanie tu dotrzeć, nie posiadając umiejętności, które Aleksowi Honnoldowi pozwoliły niedawno bez zabezpieczenia zdobyć wieżowiec Taipei 101.
Do bramy wjazdowej dotrzecie po dziesięciominutowej wspinaczce po stromawym stoku pod uważnym spojrzeniem Wielbłąda, Lalki i Niedźwiedzia.
Brzmi może przyjemnie, ale na Jurze rzeczy często nie są tym, czym się wydają.
W poprzednim życiu Wielbłąd i Niedźwiedź były może żywymi istotami, ale teraz to wielkie kamienne hybrydy, które istniały na długo przed zamkiem i będą istnieć nadal po tym, jak z zamku zostanie jedynie zwałka białych kamieni.
Szczęśliwie na razie to jedynie majaki przyszłości, bo Ogrodzieniec to wciąż piękna budowla o dobrze zachowanych wnętrzach i dziedzińcach. Trasa zwiedzania to długi labirynt prowadzący na przemian w górę i w dół przez baszty, mury, mroczne sale, drewniane krużganki, podziemia i punkty widokowe. Jako całkowicie wolni turyści możecie przyjechać tu o każdej porze roku, ale lekko zmarznięte palce i czerwony czubek nosa to niewielka cena za posiadanie zamku – przez tę jedną godzinę niemal na wyłączność – w całej swojej surowej, kamiennej okazałości.
Zamek Bobolice
Wśród jurajskich warowni możecie przebierać jak mama trojaczków w second-handzie świeżo po dostawie. Natomiast my z szerokiego zamkowego wachlarza możliwości wybraliśmy jeszcze dwoje sąsiadów – zgrabnie zrekonstruowany przez prywatnego właściciela Zamek Bobolice i malowniczą ruinę w Mirowie. Od jednego do drugiego przejdziecie w jakieś pół godziny malowniczym szlakiem grzbietowym. Chyba że naszym przykładem postanowicie wybrać nieoznakowany, ale ciekawie się zapowiadający skrót – wówczas liczcie lekko pięćdziesiąt minut. Zimą doskonałym środkiem transportu dla zmęczonych nóżek będą sanki – co prawda nie ominiecie kilku podejść (w końcu jesteście na wyżynach), ale to dzięki nim nie zmarzniecie, a zjazdy po zaśnieżonych zamkowych zboczach z nakładem zrekompensują wysiłek.
Bobolice wzbudzają wśród lokalnych mieszkańców i konserwatywnych historyków spore kontrowersje. Podobno rekonstrukcja jest zbyt zgrabna, a ostateczny efekt przesadnie bajkowy. Być może latem łatwiej w to uwierzyć, ale zimą ten zarzut jest bezzasadny. Bajka zamienia się w mroczną baśń, a stojąca na wapiennej skale warownia emanuje powściągliwą elegancją. Zaraz pod zamkiem znajduje się hotel z restauracją. Ta ostatnia zbiera na Google Maps średnie opinie, a goście żalą się na małą ilość obsługi i długi czas oczekiwania. Nic nam o tym nie wiadomo – w lutym byliśmy na wielkiej sali jedynymi gośćmi, a grzańca, gorącą czekoladę i szarlotkę z lodami dostaliśmy w trymiga. Na przytulnych fotelach zalegliśmy na długo i w ciszy, napawając się klimatem alpejskiego schroniska i zaglądającą nam do okien kilkusetletnią strażnicą.
Góra Zborów
Możecie w liceum nie przeczytać Chłopów, możecie nawet nie zjeść surówki na obiedzie u babci. Ale nie wolno wam być na Jurze i nie pójść na Górę Zborów. To kwintesencja jurajskich krajobrazów – potężny skalny masyw, najciekawszy fragment Skał Kroczyckich. W jednej chwili jesteście na parkingu, a raptem dziesięć minut później wędrujecie szlakiem przez gęsty, dziki las.
Zaczyna się niewinnie – odbijacie w bok, bo coś spogląda na was spomiędzy ciemnych pni i trafiacie na kilka ogromnych zwalonych na siebie kamiennych płyt. Nagle czujecie się nieskończenie mali, a ziejąca przed wami ciemna, niedostępna jaskinia równocześnie wabi do środka, ale i sprawia, że nogi podrywają się do ucieczki.
Może właśnie odezwał się w was jeden z tych atawistycznych instynktów: lęk przed ciemnością i ukrytym w niej drapieżnikiem, które pierwszym ludziom ratowały życie?
A i tak najlepsze wciąż jeszcze przed wami – właściwa Góra Zborów, potężna wapienna skarbnica, królestwo wszelkiego rozmiaru ostańców, kominów, jaskiń, schronów i nisz. To tutaj żyje najwięcej tajemniczych kamiennych istot, ludzi i zwierząt. Jest ponury Młynarz, mądry, ale groźny Kruk, święte trio Zakonnicy, Baby i Samotnej Dziewicy. Jest także zamarła w bezruchu rodzina: Mama, Tata, Lalka i dwa Dziady – Mały oraz Wielki. Trochę nie wiadomo skąd przyplątał się też Napoleon, któremu widocznie opatrzyła się już Elba, zwana Wyspą Świętej Elżbiety. Także mocno skalista, bo z miłości do kamieni nawet po śmierci się nie wyrasta. Ze szczytu Góry Zborów roztacza się też piękna panorama okolicy. Przy dobrej pogodzie zobaczycie stąd pobliski Ogrodzieniec, Morsko, Bobolice czy Mirów.
A kiedy już zalegniecie na szczycie, spoceni pod warstwami merynosów, membran i pierza, popijając z termosu gorącą herbatę z cukrem (dla energii), wypatrujcie pasących się w okolicy kóz oraz owiec. I spoglądajcie na nie z szacunkiem, bo ich cierpliwe i systematyczne żucie służy wyższym celom. Skrupulatnie objadając krzewy, zarośla i co mniejsze drzewa, aktywnie chronią przed zniszczeniem murawy kserotermiczne. Pod tą mądrze brzmiącą nazwą kryją się nasłonecznione trawiaste jurajskie zbocza, z wyglądu przypominające nieco azjatyckie czy ukraińskie stepy.
Okiennik Wielki
Symboli Jura ma wiele, ale ponad wszystkie wybija się jeden – skała z oknem, a dokładniej skała z wielkim oknem, o imponujących wymiarach pięć na siedem metrów. Oknem, uczciwie mówiąc, nieco niefunkcjonalnym, bo zwieńczającym strome, trzydziestometrowe wapienne wzniesienie.
Ale po co funkcjonalność komuś, kto ma w bród urody i uznawany jest za jeden z najpiękniejszych i najsłynniejszych ostańców północnej, śląskiej części Jury?
Okiennik Wielki, bo o nim mowa, znajduje się na granicy wsi Piaseczno i Skarżyc. Samo wzniesienie na pierwszy rzut oka wydaje się wręcz niepozorne, szczególnie na tle innych, fantastycznych jurajskich formacji. Ale tak jak uczymy dzieci nie oceniać książki po okładce, tak sami nie sądźmy góry po jej bocznym zboczu.
W kwestii tego okna historycy mają teorię, która bardzo przypadła mi do gustu. Ponoć gdzieś w okolicach XII i XIII wieku u podnóża skały wznosił się drewniany, obronny gród. Gdybyśmy żyli dwieście lat temu, pewnie moglibyśmy jeszcze zobaczyć pozostałości jego murów. W tej teorii skała z oknem była donżonem – czymś w rodzaju mieszkalnej, obronnej wieży, miejscem ostatecznej obrony dla mieszkańców. Dalej jest tylko lepiej i bardziej filmowo – wejście do wieży miało prowadzić przez naturalny wydrążony w kamieniu komin. I to nie koniec, bo
Okiennik ma w swojej twardej i zimnej kieszeni jeszcze więcej niespodzianek, jak ojciec wracający do żony i trójki dzieci z długiej, zagranicznej delegacji.
Poniżej ogromnego okna znajduje się prawdziwa, naturalna jaskinia nazywana Schronem w Okienniku. Archeolodzy odkryli tutaj narzędzia krzemienne sprzed około sześćdziesięciu tysięcy lat, czyli, lekko licząc, ze środkowego paleolitu. A więc mieszkali tu ludzie prehistoryczni, co skłoniło naszego ośmiolatka do pytania, dlaczego i my nie moglibyśmy tu zamieszkać.
Pustynia Błędowska
Na sam koniec zostało miejsce najbardziej na Jurze egzotyczne – Pustynia Błędowska, największa w kraju, zwana polską Saharą. Tylko pochodzenie ma nieco inne. Swoje narodziny zawdzięcza człowiekowi, który na tych terenach prowadził intensywne prace górnicze połączone z regularną wycinką drzew.
Pewnie nigdy nie byliście na Saharze zimą, co powinno być kolejnym argumentem za odwiedzeniem tego miejsca w okresie od grudnia do lutego.
Tym bardziej że sprawdzone przez nas osobiście info jest takie, że przy mroźnym słonecznym dniu temperatura pośrodku pustyni jest jak na alpejskim stoku. Coraz bardziej spocony i zdezorientowany termicznie człowiek stopniowo zdejmuje z siebie kolejne warstwy odzieży, ostatecznie lądując na jednej z tutejszych drewnianych platform widokowych w samym podkoszulku. Ten sam człowiek oczywiście nie zabrał ze sobą na zimowe ferie w Polsce kremu do opalania, więc do domu wróci z czerwonym od opalenizny nosem.
Wejść na pustynię można bez ograniczeń, a najlepszym punktem startowym będzie nieduża sieć kładek zwanych Różą Wiatrów w Kluczach. Jako osoba, która piasek na dłoniach i w butach kocha tak samo jak drugoklasista prace domowe i wątróbkę, mogę powiedzieć, że przyjazd tutaj zimą był strzałem w dziesiątkę. Chrupiący, zamarznięty śnieg świetnie utrzymuje pustynię w ryzach, a każda ilość śnieżek na twarzy i pod ubraniem jest sto razy lepsza niż ziarenka piasku pomiędzy zębami i w majtkach. A tym, którzy piach wolą trzymać całkowicie na dystans, polecam punkt widokowy na wzgórzu Czubatka. Dopiero widziana z góry pustynia ujawnia swoją prawdziwą skalę i jest ona bez wątpienia imponująca.
Kładki lux
Ten pustynny torcik ma na swoim czubku jeszcze jedną, całkiem nową wisienkę. Która wprawi Was w zachwyt, jeśli tak jak my jesteście psychofanami kładek. Nasze mało profesjonalne, ale długoletnie badania wskazują, że chodzenie po kładkach jest tysiąc razy lepsze niż chodzenie po czymkolwiek innym. Na kładce pikniki są weselsze, dzieci grzeczniejsze, a bułki z szynką jeszcze smaczniejsze. Niektóre kładki potrafią nawet powodować niezwykłe ozdrowienia z bólu nóżek i ciężkich ataków nudy. Musicie jednak wiedzieć, że od czasu do czasu kładki żądają ofiary, przeważnie niedużej, ale wciąż bolesnej. Może to być odpływający z nurtem kawałek kabanosa, pasek czekolady, a w cięższych przypadkach nawet ludzik lego i prawy bucik w rozmiarze 27.
Kładki, które bodajże w zeszłym roku stanęły w lesie jakieś dziesięć minut piechotą od granicy Pustyni Błędowskiej, to kategoria lux.
Wysokie, drewniane platformy rozciągają się nad rzeką Białą Przemszą i jej malowniczymi rozlewiskami. Długie, szerokie pomosty meandrują pomiędzy drzewami i oferują bogactwo punktów obserwacyjnych. Jeśli chcecie posiedzieć tu w ciszy, podglądając ptaki i wiewiórki w akompaniamencie szumu wody, całkowicie nieatakowani przez komary i ojców, ganiających za wychylającymi się przez barierki dwulatkami, po prostu przyjedźcie tu zimą. Bo niby region ten sam, ale experience jednak całkiem inne.
PARTNEREM SEKCJI PODRÓŻE W FATHERS.PL JEST KOLEO