Od znajomego preppersa usłyszałem: „W sytuacji zagrożenia szybko zaakceptuj fakty”. No to poszedłem do woja
Nie myśl życzeniowo, po prosto reaguj. Adam Robiński o tym, jak stał się samozwańczym ambasadorem rządowego programu bezpieczeństwa.
Książeczkę znalazłem w jednym ze starych segregatorów z dokumentami. Tych, do których nigdy się nie zagląda, dzięki czemu zyskują niechcianą nieśmiertelność. Leżała w jednej koszulce razem z deklaracją przystąpienia do funduszu emerytalnego, zaświadczeniem o odbytej praktyce dziennikarskiej, kartą gwarancyjną bagażnika dachowego oraz legitymacją członkowską nr 114 Polskiego Towarzystwa Juliusza Verne’a. Wśród papierów z poprzedniego, szczenięcego i analogowego życia. Najwyraźniej chciałem ją tam zakopać, razem ze wspomnieniami, jakie się z nią wiązały.
Do tego, gdy się człowiek urodził w stanie wojennym, to kwintesencją wszelkich skojarzeń z wojskiem było słynne zdjęcie Chrisa Niedenthala.
Warszawa, ulica Puławska, róg Rakowieckiej. Przystanek tramwajowy, Fiat 125p, ludzie w kożuchach, bo to zima jak każda w tamtej epoce. Na chodniku: wóz pancerny i ubrani w waciaki żołnierze. W tle Kino Moskwa, na afiszu Czas Apokalipsy! Nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby być jednym z kolesi z tej fotografii.
Na progu dorosłości jechało się na wojskową komisję uzupełnień. Człowiek rozbierał się do samych gaci i odarty z jakiejkolwiek pewności siebie, ze wszystkimi nastoletnimi rozterkami na wierzchu, stawał przed trojgiem gburowatych lekarzy. A ci jak jeden mąż zaczynali go krytykować. Że ślepy, głupi i się garbi. I że ojczyzna nic nie będzie z niego miała. Opinię potwierdzał stukot pieczątek. Stawiennictwo przed WKU było jak egzamin. Szczęściarze dostawali kategorię D: niezdolny do służby w czasie pokoju. Pechowcy trafiali do rezerwy, przed którą i tak chroniły ich studia.
Jedni i drudzy wychodzili z komisji z książeczką – powiedzieć „kieszonkową”, to nic nie powiedzieć. Ledwie kilka zapisanych granatowym piórem stron, format osiem na jedenaście centymetrów. Zupełnie jakby niezgubienie tej kruszyny miało być pierwszą misją młodego żołnierza. Na odchodne słyszało się jeszcze, że książeczka jest święta. Nie wolno jej ani zgubić, ani wywieźć za granicę, bo jeszcze wpadłaby w ręce wroga. A wtedy to już pewnie tylko wyrok za zdradę ojczyzny. Pozostawało rytualne zakopanie jej wśród innych, równie ważnych papierów. Świadectw szkolnych i starych mandatów za picie alkoholu pod chmurką.
Wszystko to kwitowały, oczywiście, żarty powtarzane w męskim gronie na licealnym korytarzu. Stosunek do służby wojskowej? Mocno zdystansowany. Pierwsza randka? Nieudana. Zabrakło chemii.
Teraz, jak w filmie, zróbmy przeskok w przyszłość. Fast-forward wciśnięte na kaseciaku życia, dwadzieścia pięć lat do przodu. Po drodze studia, praca, rodzina, dzieci. Cud, że taśma jeszcze nie wkręciła się w mechanizm magnetofonu. Jest jesień 2025 roku. Siedzę w pociągu we wschodniej Słowacji, gdzieś między Preszowem a Humennem, w telefonie czytam wieści z kraju. Rzuca mi się w oczy konferencja Ministra Obrony Narodowej, który ogłasza uruchomienie pilotażowego programu wojskowych szkoleń dla cywili. Pociąg staje na anonimowej stacyjce. Podnoszę wzrok znad telefonu i patrzę przez okno. Pod nosem widzę kolejową lawetę, a na niej zdobione słowacką flagą czołgi, ustawione jeden za drugim, najwyraźniej w drodze na wiadomo którą wojnę.
Nie drążę tematu, działam raczej impulsywnie – loguję się do mObywatela, znajduję „szkolenia obronne”, a potem klikam „Zgłoś się”.
Owszem, na chwilę kciuk nieruchomieje. Serio? Chcesz mieć coś wspólnego z wojskiem? Oczami wyobraźni zobaczyłem lekarzy WKU, którzy wyciągają z dna szuflady moją zakurzoną teczkę i kładą ją na wierzchu stosu. Mimo to kliknąłem.
Zestawiam te sceny tak, jakby ta życiowa podróż – z jednego bieguna czasu na drugi – wydarzyła się w mgnieniu oka. Tak, oczywiście, nie było. Niecałe czterdzieści lat temu uwierzyliśmy Francisowi Fukuyamie, że historia się kończy. A skoro świat dochodzi do wniosku, że liberalna demokracja do cel ostateczny, to z kim mielibyśmy wojować? Potem weszliśmy do NATO, były łzy wzruszenia, bo teraz bronić nas mieli inni. Skończył się powszechny pobór, przyleciały do nas samoloty F-16, a armia stała się ciekawostką technologiczną. Tylko że potem nastąpił gwałtowny zwrot, wahadło wychyliło się w drugą stronę. Ta wyliczanka to już świeże wspomnienia: kilka wojen na Wschodzie, Donbas, Trump, wojna na progu, znów Trump, ruskie drony nad Polską i ich myśliwce nad Estonią. Nabrałem ochoty na drugą randkę z armią, bo zmieniły się realia.
Pracowałem kiedyś z preppersem, człowiekiem, którego życiowym hobby był stan gotowości. Piotr był – i chyba dalej jest – przygotowany na każdy przewidywalny kryzys. Mały pożar i dużą wojnę. Wszystko miał zaplanowane: dokąd uciec, gdzie się schować, co jeść. Magazynował zapasy wody i jedzenia, a na podwórku swojego domu zakopał schron. Spędziwszy z nim trochę czasu, drogą osmozy przejąłem kilka podstawowych zasad sztuki przetrwania.
Po pierwsze: nigdy nie zostawiaj samochodu z mniej niż połową baku paliwa, bo jutro stacja obok twojego domu może być zamknięta. Po drugie: zawsze miej w domu dwa albo trzy baniaki z wodą na wypadek awarii. I chyba najważniejsze: w sytuacji wypadku albo zagrożenia jak najszybciej zaakceptuj fakty.
Nie wypieraj rzeczywistości, nie myśl życzeniowo, po prosto reaguj. No to zareagowałem.
Miałem też jeszcze jeden, prozaiczny powód, żeby zgłosić się na ten kurs – jeśli człowiek od dekady pracuje jako wolny strzelec, bez stałej służbowej przynależności i opieki działu kadr, to zaczyna tęsknić za nauką. Perspektywa każdego szkolenia brzmi ekscytująco. Mimo to, jadąc w listopadową sobotę do siedziby 18. Stołecznej Brygady Obrony Terytorialnej w Rembertowie, nie mogłem odegnać myśli, że wojskowy kurs z cyberbezpieczeństwa może oznaczać osiem zmarnowanych godzin. Nie byłem przecież w tych kwestiach zupełnie zielony. Internet towarzyszył mi od szesnastego roku życia. Podłączyłem się do niego jeszcze jako dzieciak. Wdzwaniałem się modemem na bezpłatny numer Telekomunikacji Polskiej, a potem drżałem z myślą o rachunkach za połączenia. Korzystałem z usenetu, IRC, forów dyskusyjnych. Pisałem strony internetowe w HTML. Miałem konto na polboxie i czytałem „Top Secret”. I choć z czasem zupełnie zmieniłem zainteresowania, identyfikując się jako humanista, wciąż byłem i jestem zaprzyjaźniony z komputerami. Wiem, w co wolno klikać i czego w internecie nie publikować.
Ale nie – to nie były zmarnowane godziny. Wręcz przeciwnie – wyszedłem z głową pełną informacji i napuchniętym notesem.
Dowiedziałem się, jak odpowiednio skonfigurować domową sieć wi-fi i czym różnią się poszczególne protokoły zabezpieczeń. Że nic tak nie robi hasłu jak przecinek albo kropka. Oraz deklinacja. Że biometria w telefonie jest fajna, ale tylko dopóki używamy telefonu wyprodukowanego w kraju sojuszniczym (a sojusze się przecież zmieniają). Że wcale nie trzeba sprzedawać swojej tożsamości dużym korporacjom, bo są firmy, które wciąż szanują święte prawo tajemnicy korespondencji. I że lepiej płacić za usługi jawnie, pieniędzmi, a nie uwagą i danymi. Że kody QR umieszczone w przestrzeni publicznej to zło, bo łatwo podmienić ich treść na zupełnie inną, a tym samym zainfekować nasz telefon.
Prelegent – żołnierz z Eksperckiego Centrum Szkolenia Cyberbezpieczeństwa – na oczach słuchaczy łamał zabezpieczenia telefonów i namierzał konkretnych wojskowych na podstawie publikowanych przez nich w mediach społecznościowych danych. Pokazywał gadżety używane przez przestępców – tłumaczył, że niewinnie wyglądający kabel do ładowania telefonu, który znajdziemy w miejscu publicznym, może mieć wbudowaną kartę wi-fi, za pomocą której ktoś kradnie nasze dane.
Jeszcze tego samego popołudnia stałem się samozwańczym ambasadorem rządowego programu, opowiadając na lewo i prawo, rodzinie i znajomym, że szkolenie z cyberhigieny powinno być obowiązkowe dla każdego dorosłego obywatela. Tego powinni uczyć w szkołach! Przecież to jest ważne również w czasach pokoju! Cytowałem liczby z brytyjskiego „Guardiana”: cyberscam to dziś cała gałąź przemysłu państw Azji Południowo-Wschodniej. W Kambodży pracuje w nim sto tysięcy ludzi, a w Mjanmie jeszcze więcej.
W 2023 roku zyski z cyberprzestępczości stanowiły równowartość niemal 70 procent PKB Laosu!
W efekcie ofiarą internetowego oszustwa może paść każdy, nie tylko emeryt, który na lewo i prawo wysyła kody blik.
Pomijając to wszystko, tamtej listopadowej soboty pierwszy raz spojrzałem na wojsko inaczej niż we wspomnieniach z WKU. Zobaczyłem organizację, która nie traktuje mnie jak petenta, przestraszonego dzieciaka, ale partnera do rozmowy. Poza tym – ale o tym już chyba wspominałem – zmieniły się realia. Dlatego kilka weekendów później do kursu cyberbezpieczeństwa dołożyłem kolejny. Podczas szkolenia z przetrwania uczyłem się, jak opatrywać rany postrzałowe opatrunkami z chityną. Zakładać – na czas! – maskę gazową. I używać gaśnicy. Ale nie w teorii czy na papierze. Przez chwilę poczułem się jak w filmie akcji: strażak podpalił blachę z olejem i powiedział gaś. No to gasiłem.
W książce Plac Zgody amerykański pisarz John McPhee opisuje kulisy funkcjonowania szwajcarskiej armii. Zapyta ktoś: jak to, neutralne państwo i armia? Sięgam więc po cytat:
„Szwajcaria nie ma armii. Szwajcaria jest armią”
McPhee przygląda się manewrom Korpusu Górskiego, jednocześnie odsłaniając tamtejszą doktrynę wojenną: chodzi o neutralność brutalną, siłę militarną polegającą na odstraszaniu. Szwajcaria ma być twierdzą (łatwo zamienić w nią górski kraj), a każdy obywatel powinien znać jej zakamarki i sposoby funkcjonowania. Służba wojskowa jest obowiązkowa, a po jej zakończeniu trafia się do rezerwy. Ten stan oznacza z kolei coroczne ćwiczenia i jeszcze więcej szkoleń. Pamiętam moją jesienną wycieczkę wzdłuż alpejskiego lodowca Aletschgletscher, którą co rusz przerywał ryk odrzutowca, zwielokrotniony jeszcze wszechobecnym w dolinach echem. „Co to za cyrk?”, myślałem wtedy, nastawiony na ciszę, spokój i kontemplację przyrody. Dopiero wieczorem, w schronisku, usłyszałem kilka słów wyjaśnienia: że to szwajcarska armia ćwiczy.
– Kraj jest mały, więc latają w tę i z powrotem. Ale nie martw się, jutro sobota, więc latać nie będą. W weekendy i podczas lunchu nikt Szwajcarii nie pilnuje – żartował mój rozmówca.
Przypomniałem sobie o książce McPhee podczas zimowej soboty na poligonie w Siedlcach. Padał deszcz, a ja, razem z innymi uczestnikami kursu, biegałem z kompasem między sosnami. Do naszej kilkuosobowej grupy dołączono warszawskiego korespondenta którejś z niemieckich gazet. Dziennikarz przyglądał się ćwiczeniom i momentami sam brał w nich udział. Jednocześnie zaczepiał uczestników, podpytując ich o motywacje, spostrzeżenia i lęki. Mówiliśmy mu o ciekawości i o lekcjach płynących z historii. Wychowałem się w świecie, w którym to, co niemieckie, było niezawodne, a to, co polskie, ledwie trzymało się kupy. Ale te czasy też już minęły. Ciekawe, czy będzie z tego książka: „Polska jako twierdza”, śmiałem się w duchu, bo przecież szydera z samych siebie to coś, co wychodzi nam w tym kraju najlepiej. A jednak nie było w moim myśleniu za grosz patosu czy dumy. Powiedziałem mu tylko: „Zapisałem się na kurs, bo chciałem użyć gaśnicy”.
Po szkoleniu, w drodze do domu zobaczyłem, że zbiornik paliwa jest w połowie pusty, więc zjechałem na stację, żeby dotankować.
PS. Ministerstwo Obrony Narodowej ogłosiło właśnie nową turę szkoleń dla cywilów. Zapisy przez mObywatela. Powtórzę się: zróbcie chociaż kurs z cyberhigieny. To powinno być obowiązkowe.