Wychowanie po duńsku

Redakcja
Zdjęcia: Julie Sandahl Ehrhorn

Niełatwe pytanie: „jak wychować najszczęśliwszych ludzi na świecie?” zadaliśmy Iben Sandahl – współautorce nowej książki o najskuteczniejszej filozofii wychowania.

Jest Pani matką dwóch córek – w wychowywaniu dziewczynek pomogła Pani intuicja, poradniki czy raczej wspomnienia z domu rodzinnego w Danii?

Wydaje mi się, ze wychowuję swoje dzieci przede wszystkim w oparciu o moją intuicję, o to, jaką jestem osobą. Nigdy nie byłam rodzicem, który przeczytałby 30 poradników na temat rodzicielstwa. Myślę, że ważnym elementem mojego stylu rodzicielstwa jest autentyczność.

Druga autorka książki Jessica Alexander jest Amerykanką, poślubiła Duńczyka, ma z nim dzieci, ale o duńskim wychowaniu pisze z pozycji outsidera. Jak rozpoczęła się wasza współpraca?

Rok po roku, od wielu lat, ukazują się raporty dotyczące szczęścia na świecie i rokrocznie Dania jest w tych raportach krajem, w którym poziom szczęścia jest najwyższy. Szukano różnego rodzaju wyjaśnień tego fenomenu, ale, co ciekawe, nikt nie zwrócił uwagi na to, w jaki sposób wychowujemy nasze dzieci. Dla mnie zawsze to przeoczenie było dziwne, bo na co dzień pracuję z dziećmi i według mnie powiązanie tych dwóch spraw jest dość oczywiste – tego, w jaki sposób wychowujemy dzieci z naszym poczuciem szczęścia. Pomysł powstania tej książki pojawił się podczas luźnej rozmowy na ten temat z Jessiką, która ma tu również własne doświadczenia i przemyślenia, ponieważ wychowuje swoje dzieci z mężem Duńczykiem. Te przemyślenia przełożyłyśmy na książkę.

No właśnie – wy, Duńczycy jesteście szczęśliwcami – podczas, gdy Dania zajęła pierwsze miejsce w ONZ World Happiness Report, Polska była na smutnym 57. miejscu, za Rosją. Możemy w ogóle przełożyć duńskie metody wychowania dzieci na polskie podwórko?

Zdecydowanie jest to możliwe! Otrzymuję wieści od czytelników, którzy zaczęli wypróbowywać zawarte w książce pomysły i już widzą rezultaty – a nie pochodzą tylko z Danii, pochodzą z całego świata. Widzę naszą książkę raczej jako filozofię wychowania niż zestaw szybkich wskazówek rodzicielskich. To pozwala przemyśleć nasze rady i zaadaptować je na własne potrzeby, przełożyć na własne doświadczenia.

Najważniejsza zasada duńskiego wychowania brzmi jak zaklęcie: hygge <huga>. W Polsce nie mamy odpowiednika tego słowa, ale możemy je tłumaczyć jako umiejętność relaksu z najbliższymi w atmosferze ciepła i bliskości, czerpania poczucia bezpieczeństwa z bycia z innymi. Czy coraz popularniejsze rodzicielstwo bliskości ma z tym coś wspólnego?

Powiedziałabym, że rodzicielstwo bliskości i hygge to jednak dwie odrębne sprawy. Rodzicielstwo bliskości, przynajmniej dla mnie, kojarzy się z odłożeniem na bok swoich własnych potrzeb, czyli potrzeb człowieka dorosłego, rodzica, na rzecz potrzeb dziecka. Na dłuższą metę nie jest to jednak według mnie dobre rozwiązanie, ponieważ dzieci potrzebują nas również jako wzorców osobowych, powinny zobaczyć, że rodzice mają też własne, dorosłe życie, w którym się realizują. Hygge nie polega na odkładaniu wszystkiego na bok dla dobra naszych dzieci, oznacza raczej „bycie obecnym”, opisałabym to jako rodzaj niewidocznej energii, większego zespolenia ze sobą nawzajem, umiejętność przeżywania wspólnie wyjątkowych chwil. Moment kontaktu wzrokowego, poczucia bliskości – to siła hygge.

Wspomniane „bycie obecnym” rodzice interpretują rozmaicie. W książce pojawia się niepokojący wniosek – w Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat ilość czasu, w którym dzieciom wolno się bawić, zmniejszyła się dramatycznie, w Europie jest podobnie – rodzice nadmiernie programują czas dzieci?

To prawda, tego rodzaju tendencja jest również odczuwana w Danii. Nie jesteśmy oddzieleni od tego, co dzieje się na świecie i także znajdujemy się pod wpływem takiego podejścia. My również mamy w szkołach bardzo wiele testów, nam także zależy, by nasze dzieci dobrze sobie radziły – nie tylko w szkole, ale i potem w życiu. Odczuwany z tego powodu stres przenosi się na dzieci i cykl się powtarza, to takie błędne koło. Natomiast mamy świadomość, że bardzo ważne jest to, by od czasu do czasu się ponudzić, nic nie robić, zrelaksować. Znaleźć czas, w trakcie którego odzyska się energię. Staram się, by moje dzieci wiedziały, że raz na jakiś czas trzeba wziąć głęboki oddech i pozwolić sobie na nicnierobienie. W przedszkolach i w szkole wciąż wiele czasu jest u nas pozostawione dzieciom na zabawę – dlatego, że zabawa powoduje obniżenie poziomu stresu. Podsumowując, jesteśmy rzecz jasna także uczestnikami przemian, jakie zachodzą w społeczeństwach globalnie, ale mamy w Danii ten bardzo mocny fundament, który pomaga nam radzić sobie z codziennym stresem.

W recenzji książki kopenhaski The Post pisze o zasadach wychowania: „Wydaje się, że duńskie matki naprawdę najlepiej wiedzą, jak to robić”. A co z ojcami w Danii? Oni interesują nas szczególnie!

Oczywiście, ojcowie są w procesie wychowania bardzo ważni, również u nas. Mają zresztą zapewniony płatny urlop rodzicielski, jeśli sobie tego życzą – około 12 tygodni. To znak, że duński rząd chce wspierać ojców, by mogli być ważną częścią życia dziecka. Oczywiście na pierwszym etapie swojego życia większość uwagi dziecka pochłania mama, wynika to z czysto biologicznych powodów. Ale ojcowie odgrywają również zasadniczą rolę.

„Duński przepis na szczęście”
Jessica Alexander, Iben Dissing Sandahl
Wydawnictwo Muza