Wit Szostak o ojcostwie

Marika Krystman
Zdjęcia: Mikołaj Starzyński

O wątku taty w swojej twórczości, determinującym dzieciństwie i byciu obecnym ojcem opowiada nam jeden z najzdolniejszych polskich pisarzy.

Marika Krystman: W zbiorze „Ojciec” pojawiło się Pańskie opowiadanie – wzruszający list ojca do dorosłego już syna. W tej próbie rozliczenia się z przeszłością pojawia się plastyczne tło – PRL i dobrze znane niedobory. Ile w tej scenerii jest Pana wspomnień?

Wit Szostak: Wychowałem się w latach osiemdziesiątych na osiedlu z wielkiej płyty, więc scenografia i okoliczności przedstawione w opowiadaniu odwołują się do moich wspomnień. Wybierając tę konkretną epokę, chciałem przede wszystkim pokazać życie w poczuciu ciągłego niedoboru, braku. Dziś kupienie dowolnego przedmiotu o dowolnej porze dnia i tygodnia nie stanowi problemu. Wtedy było wyzwaniem. Podczas pisania zależało mi, aby czytelnik – być może nieznający z własnego doświadczenia realiów życia w PRL – poczuł tę beznadziejność, tę bezsilność narratora. Jednak teksty literackie mają własne życie i czasem trafiają bardzo daleko od intencji autora. Niedawno dostałem mail od czytelnika, który uznał, że opowiadanie jest głosem w debacie o zakaz handlu w niedziele.

W książce „Wróżenie z wnętrzności” mamy ojca, który opuścił swoich synów, wzmianka o tacie pojawia się też w „Fudze”, a „Zagrodę zębów” (ale o tym za chwilę) – otwiera dedykacja dla ojca. To przypadek czy może nieco nurtuje Pana temat ojcostwa?

Relacja ojca i syna to dla mnie jeden z najważniejszych tematów, wokół których krążę w literaturze. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego tak jest. Bruno Schulz pisał, że nasze życie twórcze determinuje kilka obrazów z dzieciństwa, których roli nie potrafimy uzasadnić, a które ciągle powracają. Dla Schulza twórczość jest ciągłą egzegezą tych pierwotnych, zadanych nam symboli. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego akurat ta relacja. Ale od dziecięcych zachwytów nad Odyseją, poprzez późniejszą fascynację Ulissesem Joyce’a, ta relacja nurtuje mnie i ciągle każe do siebie wracać. Nie sądzę, żebym szukał za pomocą literatury odpowiedzi na pytania o związek z własnym ojcem: nasze stosunki przebiegają zupełnie inaczej niż u bohaterów moich tekstów. To raczej krążenie wokół jakiejś tajemnicy, którą staram się dotknąć przez opowieść. Stąd wśród najważniejszych dla mnie pisarzy jest właśnie Schulz i jego zmagania z ojcem-kupcem bławatnym, który staje się ojcem-geniuszem, ojcem-herezjarchą, ojcem-kondorem czy wreszcie ojcem-karakonem. Nieobecny ojciec jest też u mnie w Chochołach, a Józafat Dumanowski staje się figurą bezdzietnego ojca ojczyzny.

W jednym z wywiadów wspomniał Pan, że ta dedykacja dla ojca umieszczona w „Zagrodzie zębów” ma rys osobisty. Naprawdę „Odyseja”, którą tata czytał Panu w dzieciństwie, silnie wpłynęła na Pańską wyobraźnię? Pytam, rzecz jasna, w kontekście wpływu słynnego eposu na Wita Szostaka pisarza.

Wiele razy zadawałem sobie pytanie, dlaczego właśnie Odys. Ojciec opowiadał mi w dzieciństwie szereg innych mitów. Pamiętam, jak lubiłem opowieści o Dedalu i Ikarze, o Tezeuszu, o Perseuszu, Heraklesie. Poza mitami tata wprowadzał mnie w świat matematyki, fizyki, szachów. Dlaczego zatem najbardziej odcisnął się Odys? To moc mitu, moc symbolu, który działa na człowieka w tajemniczy sposób, porusza jakiejś wewnętrzne struny. Nie zostałem szachistą ani fizykiem, o wielu mitycznych bohaterach zapomniałem, ale Odys pozostał. Mam dalej przed oczami kilka obrazów: najmocniej siedzi we mnie scena rozpoznania, gdy ukryty przebraniu starca heros napina łuk. Wtedy maski spadają, wszyscy wiedzą, że król powrócił do swego pałacu. Ukrycie i rozpoznanie, powrót do domu, który nie wita swego gospodarza: te symbole krążą w moim krwiobiegu, czy tego chcę, czy nie. Odkryłem też podczas kolejnego zbliżenia do tekstu Homera, że niespecjalnie interesują mnie teraz sceny fantastycznych przygód: cyklop, Skylla i Charybdis. To jest jakby preludium do dramatu, który jest powrotem. Co ciekawe, mój ojciec chyba woli Iliadę, w każdym razie teraz częściej ją cytuje i do niej wraca. Pamiętam opowieści o wojnie trojańskiej, o koniu (znowu Odys!). Ale to po mnie spłynęło. Parafrazując Schulza, gdzieś w zaraniu dzieciństwa zobaczyłem łagodne światło Odysei. Ono dalej rozjaśnia mój horyzont.

Jaki jest Pański ojciec? Ile jego można znaleźć w Panu?

Myślę, że nie mógłbym mieć lepszego ojca. W dzieciństwie pokazywał mi świat, pozwalał rozwijać się moim pasjom, wspierając je, ale nie narzucając niczego. To chyba najtrudniejsze: nie przegapić momentu, kiedy dziecko samo szuka swej drogi i wie, że musi wybrać po swojemu. Z rodzica, który kiedyś wypełniał cały świat, trzeba stać się rodzicem dyskretnym, zejść na drugi plan. Chyba na tym polega mądra miłość, mądrość miłości: pozwolić drugiemu stać się sobą. Na dobre i złe nie uwolnimy się od naszych rodziców: odnajdujemy ich ślady w naszych gestach, emocjach, sposobach reagowania na rzeczywistość. Część tego dziedzictwa nam się podoba, inną część chcemy zrzucić z pleców, choć to zazwyczaj niemożliwe. Jak chyba każdy borykam się z tym spadkiem. Na pewno chciałbym być takim ojcem dla swoich dzieci, znaleźć w sobie tyle cierpliwości i spokoju.

Właśnie – sporo padło kontekstów ojcowskich, więc zapytam wreszcie – czy Pan jest ojcem?

Mam troje małych dzieci i dziś moja codzienność to właśnie rodzicielstwo. Odkąd zostałem ojcem, zmieniła mi się optyka. Wcześniej patrzyłem na historię Odysa oczami Telemacha. Teraz widzę oczy Telemacha w spojrzeniach moich dzieci. Chcę być obecny w ich życiu i mam nadzieję, że nigdy nie będą musiały na mnie czekać, że nie będą mnie znały tylko z czyichś opowieści. Widzę, że rodzicielstwo to chyba najważniejsze zadanie, które mamy w życiu. I zarazem najtrudniejsze. Nie ma przepisów, nie ma map i kompasów. Mimo licznych poradników, każdy musi sam błądzić i na własną rękę szukać drogi. Być może o tym jest Odyseja? Tułaczka Odysa może być czytana nie jako realna nieobecność na Itace, tylko symboliczne błądzenie, szukanie drogi do domu, do bycia ojcem, ciągłe przeciwności losu. Myślę, że wielu ojców – którzy wcale nie wracają przez dekadę z wojny – przyznaje ze smutkiem, patrząc na swe dorosłe dzieci, że nie było ich tam, gdzie byli potrzebni; że byli nieobecni.