Wielkieś mi uczynił pustki w domu moim

Jarosław Kowal

Nick Cave zapadł się pod ziemię, gdy w czerwcu ubiegłego roku jego piętnastoletni syn – po przyjęciu tak dużej dawki LSD, że całkowicie zatracił kontakt z rzeczywistością – zmarł na skutek upadku z blisko dwudziestometrowego klifu. Powrót artysty był niespodziewany, a wraz z nim ruszyła lawina tłamszonych uczuć.

Cave zawsze potrafił poruszać – czy to balladą w konwencji dialogu pomiędzy mordercą a ofiarą, wykonaną w duecie z Kylie Minogue („Where the Wild Roses Grow”), czy pieśnią o śmierci na krześle elektrycznym („The Mercy Seat”) – ale jeszcze nigdy nie obnażył przed światem tak dużego fragmentu swojego prywatnego życia. Muzyka nie mogła objąć tych wszystkich nowych uczuć, niezbędny okazał się obraz, choć sam artysta przyznał przed kamerą, że nie ma pojęcia, po co to robi i o czym właściwie mówi…

Premierze albumu „Skeleton Tree” towarzyszyły pokazy filmu „One More Time With Feeling”, w którym możemy zobaczyć strudzonego artystę odkrywającego świat na nowo. Nie jest to jednak szczęśliwa podróż kogoś, kto zrozumiał sens życia. Cave rzuca w widza przekonaniami, które w jego ustach brzmią jak prawdy oczywiste. Ogrom kosmosu jest niewyobrażalny, ale nigdy nie przerośnie potęgi ludzkiej świadomości; życie nie jest historią o prostej narracji, lecz piętrzącymi się wydarzeniami… Blisko sześćdziesięcioletni artysta nie czuje już młodzieńczej, palącej potrzeby zrozumienia wszystkiego, eschatologiczne pytania są poza obszarem jego zainteresowań. Odkrywanie świata na nowo przypomina tu uczenie mowy kogoś, kto doznał uszkodzenia mózgu po ciężkim wypadku samochodowym. To próba przywrócenia podstaw dawnej codzienności, a przede wszystkim ponownego odnalezienia siebie w roli muzyka, wokalisty i autora tekstów.

Andrew Dominik, reżyser (czy też bardziej nadzorca improwizowanego obrazu) nie chciał żerować na tragedii. Propozycja stworzenia dokumentu była inicjatywą zdruzgotanego ojca poszukującego oczyszczenia w momencie, w którym ból stał się tak przytłaczający, że nie dało się go przetopić na nowe kompozycje. „Skeleton Tree” zaczął nabierać kształtów przed tragicznym wydarzeniem, ale ostatecznego wyglądu nie otrzyma nigdy. The Bad Seeds tym razem odpuścili, Cave odpuścił. Nikomu nie zależało na kolejnej perfekcyjnej produkcji, ważne było uchwycenie chwili, udowodnienie samemu sobie, że to nie jest jeszcze koniec. Nick Cave nie pozwala jednak na banał. Dla kogoś, kto nie wiedział przed seansem o śmierci młodego Arthura, pierwsza połowa „One More Time With Feeling” może być niezrozumiała. Napięcie wyczuwalne jest od pierwszych minut, ale jego powód pozostaje ukryty. Nie zdradzają go szlochy, retoryczne pytania do sił wyższych czy lamentacyjna muzyka w tle. Z albumem jest podobnie – słuchacz może wiedzieć z kontekstu, jakie są przyczyny powstania tak bardzo rozpaczliwego materiału, ale on sam (w warstwie lirycznej) nie zdradza tego wprost.

„I Need You”, pierwszy singiel ze „Skeleton Tree”, nie jest dobrą kompozycją. To prosty utwór, na który nikt nie zwróciłby uwagi, gdyby nie jedna cecha szczególna… W granej niedawno w kinach „Ostatniej rodzinie” przedstawiono scenę, gdzie Zdzisław Beksiński rozmawia z lekarzem opiekującym się jego synem, hospitalizowanym po jednej z prób samobójczych. Malarz dopytuje, czy nie lepiej byłoby pozwolić odejść Tomaszowi, pozwolić wieloletniej obsesji dokonać się. Kilka lat później Beksiński junior faktycznie odbiera sobie życie, a ojciec nie jest tym szczególnie zaskoczony. Pierwsze, co robi po odnalezieniu zwłok, to złożenie gratulacji. W tej scenie nie brakuje uczucia, jest jednak także przygotowanie. Zdzisław Beksiński wiedział, że ten dzień musi nadejść. Dla Nicka Cave’a był to szok, a w „I Need You” spróbował dać mu wyraz. Nie ma tu ciekawego pomysłu na muzykę, a partie wokalne są nieczyste jak nigdy dotąd, lecz przepływ uczuć jest potężny, sprawia, że mimo wszelkich niedociągnięć chce się do tego utworu powracać.

Jedyną od początku do końca udaną kompozycją jest „Jesus Alone” (utwór sprzed tragedii), czego autor zdaje się być w pełni świadom, kiedy opowiada o trudach pisania, zapamiętywania akordów, kiedy wypomina sobie, że powinien więcej ćwiczyć przed wejściem do studia albo kiedy nie pamięta, czy wydrukował właściwą wersję tekstu. Czy to oznacza, że do „Skeleton Tree” powinniśmy podchodzić ulgowo? Traktować je jako terapię artysty, w której z przyzwoitości po prostu nie wypada przeszkadzać? Niekoniecznie. To przede wszystkim wydawnictwo bardzo inne od tego, do czego Nick Cave & The Bad Seeds zdążyło przyzwyczaić wielbicieli na całym globie. Skoro zespół musiał odkryć świat swoich dźwięków na nowo, może i my powinniśmy zadać sobie trud ponownego odkrycia jego twórczości.

Za pięćdziesiąt lat ktoś posłucha tego albumu i nie będzie mógł zrozumieć, dlaczego zachwycił słuchaczy w 2016 roku. W dorobku Cave’a można znaleźć wiele ciekawszych pozycji, ale jeżeli zgłębi się historię „Skeleton Tree”, dokona choćby powierzchownej analizy kontekstualnej, ukaże się dzieło innego rodzaju – fenomenalny zapis ludzkich uczuć, dokumentacja cierpienia rodzica na miarę „Trenów” Kochanowskiego. Większym wyzwaniem będzie kolejny album, czyli odkrycie, czy faktycznie czas jest „doktorem każdemu”.