Samotny mężczyzna

Kasia Kazimierowska

Hubert Klimko-Dobrzaniecki stworzył postać hejtera, którego tym bardziej jest żal, im bardziej wszystkich nienawidzi.

Akcja najnowszej powieści jednego z ciekawszych polskich pisarzy toczy się w Wiedniu i opowiada o pewnym uniwersalnym typie mężczyzny, którego możemy spotkać prawdopodobnie pod każdą szerokością geograficzną. Ale Wiedeń wyjątkowo tu pasuje – ze swoją klasyczną architekturą, ułożonym społeczeństwem i wizerunkiem, nudnego, ale dostatniego i bezpiecznego miasta, jaki reprezentuje. Nie bez kozery zresztą Dobrzaniecki wybrał Wiedeń – sam od lat tu żyje i to życie wiedeńskie bardzo sobie chwali. W ten obraz miasta autor wpisuje opowieść o człowieku, który wokół widzi tylko strasznych mieszczan, nie dostrzegając, że sam także jest częścią tej układanki, od której nie ma ucieczki, a pozostaje tylko pozorna alienacja.

Niewiele jest takich miejsc w Europie, gdzie osoby o wysokich oczekiwaniach wobec świata mogą pozwolić sobie na komfort niezadowolenia, mimo świetnych warunków bytowych. A tak właśnie jest z bohaterem-narratorem „Samotności”, czyli Bruno. Los dał mu najlepszy i najgorszy jednocześnie prezent – bezpieczeństwo finansowe. Ustawiony przez rodziców, Bruno, mężczyzna w sile wieku, ale już nie młokos, nie musi pracować, zatem może zająć się tym, na co większość z nas nie może sobie pozwolić – dostatnią celebracją życia. Bruno jada wykwintnie, zakupy robi najchętniej na Amazonie, korzysta z uroków nadmiaru wolnego czasu. Ma piękne mieszkanie w eleganckiej kamienicy i komfort robienia tylko tego, na co ma ochotę. O dziwo, w tej sytuacji prowadzi on wręcz ascetyczny styl życia – nie ma auta, nie podróżuje po świecie, nie uprawia drogiego hobby. Nie ma rodziny ani zwierzaka. Żyje z dnia na dzień, będąc poniekąd niewolnikiem swoich własnych nawyków i przyzwyczajeń. Najwięcej w życiu Bruna dzieje się w jego głowie. To tam prowadzi elokwentne rozmowy ze sobą, polegające głównie na szkalowaniu innych: emigrantów, samotnych kobiet z pieskami, gejów, starców, dzieci, kelnerów, recepcjonistki. Jeśli znacie Państwo jakiegoś bohatera literackiego, który nie cierpi ludzi, to Bruno na pewno go przebije. Jest takim XXI-wiecznym dickensowskim Scroogem, tyle że od jego zachowania nie zależy na szczęście los innych. Bruno w swojej głowie uprawia hejt, jakiego pozazdrościć mogliby mu niektórzy aktywni w sieci. Wszędzie widzi przejawy odstręczającej go obecności strasznych mieszczan, którymi gardzi, ale których nie może przestać podglądać i obserwować.

Nie chcę zdradzać fabuły, ale im więcej siedzimy w głowie Bruna, tym z czasem coraz bardziej potrafimy mu ten hejt wybaczyć, bo portret mężczyzny, jaki buduje nam Klimko-Dobrzaniecki, zresztą specjalista od samotnych mężczyzn w pamiętnych „Bornholm, Bornholm” czy „Grecy umierają w domu”, w niczym nie przypomina udręczonego rzeczywistością i smutkiem bohatera z „A Single Man” Toma Forda, w świetnym wykonaniu Colina Firtha. Tamten przebija się przez monotonię dni, wiedząc, że wraz z miłością utracił sens życia. Bruno nie zna uczucia straty, a sensu stara się usilnie doszukać w chorobie, która – mimo regularnych wizyt u lekarza – jakoś nie nadchodzi. Skąd się biorą tacy mężczyźni – przerażeni samą myślą, że mogliby chcieć więcej od życia, niż sami mają sobie do zaoferowania? Klimko-Dobrzaniecki nie daje tu prostych odpowiedzi, jedynie wskazówki. To wyjątkowo sprawnie poprowadzony monolog, będący studium samotności, która jest nie tyle świadomym wyborem, ile pułapką, jaką bohater sam na siebie zastawia.

„Samotność”
Hubert Klimko-Dobrzaniecki
Wydawnictwo Noir sur Blanc