Ray Romano

Redakcja

Serial HBO „Vinyl”, którego twórcami są: Martin Scorsese, Mick Jagger i Terence Winter, to szalona, dekadencka podróż przez ciemną stronę muzycznego świata w Nowym Jorku lat 70. W roli głównej występuje Bobby Cannavale, a partnerują mu Olivia Wilde oraz Ray Romano, który opowiada o roli Zaka Yankowicha – szefa promocji w American Century Records.

Dorastałeś w Queens, ale czy bywałeś często na Manhattanie, na którym rozgrywa się akcja serialu „Vinyl’”?

To prawda, że nie dorastałem na Manhattanie, ale kiedy miałem dwadzieścia kilka lat i zacząłem występować w kabaretach, byłem tam każdego wieczora. A jeszcze wcześniej byłem kierowcą ciężarówki i rozwoziłem materace pod domach klientów, dzięki czemu poznałem praktycznie wszystkie ulice. Akcja serialu „Vinyl” dzieje się jednak dużo wcześniej – w latach 70-tych. Byłem wtedy nastolatkiem i mieszkałem w Queens. Muzyka była ważną częścią mojego życia.

Mam w moim iPodzie całą masę muzyki z lat 70-tych, której moją żona nie znosi.

Co oprócz miłości do muzyki sprawiło, że przyjąłeś rolę Zaka i dołączyłeś do obsady serialu?  

Przyciągnęło mnie nazwisko Martina Scorsese i moja rola. Mój bohater to facet, który ma bardzo nieuporządkowane życie, o czym nie wiemy jeszcze w pierwszym odcinku. Ma żonę i dzieci, ale w tym związku nie ma miłości. Ma bardzo specyficzny, tragiczny rys i jest to kolejna rzecz, której nie dowiemy się z pierwszego odcinka. Chce być jak Bobby Cannavale, chce być kimś, ale gdzieś głęboko ma świadomość, że taki nie jest i nie przyjmuje tego do wiadomości. Zawsze stara się być na fali, ale nigdy mu się to nie udaje. To smutne i śmieszne zarazem.

Czy kiedy byłeś nastolatkiem, świat branży muzycznej był ci znany?

Nie, nie znałem jego kulisów. Byłem po prostu dzieciakiem z Queens. Muzyka tamtych czasów wywarła na mnie ogromny wpływ – towarzyszyła mi kiedy miałem 16, 17 lat i zakochiwałem się po raz pierwszy, kiedy dojrzewałem. Kiedy wspominam ten okres mojego życia, muzyka jest pierwszą rzeczą, która przychodzi mi do głowy. Pamiętam moment, kiedy pewna dziewczyna złamała mi serce i zerwała ze mną – słuchałem wtedy tylko smutnych piosenek, bo właśnie tak grało mi w duszy. Kiedy włączałem płytę, słuchałem jej do ostatniego utworu. Jest taki kort tenisowy w Forest Hills, gdzie zorganizowano koncert The Beatles i The Who. Próbowaliśmy dostać się tam z kolegami. Pamiętam, że próbowałem zobaczyć The Who, ale mi się to nie udało. Mój brat dostał się jakoś na koncert. Potem musiałem kłamać, że też tam byłem. Kłamstwo wyszło na jaw, kiedy brat zapytał mnie, co wydarzyło się pod koniec koncertu – o ile pamiętam, to Pete Townshend roztrzaskał swoją gitarę albo coś w tym stylu. Nie wiedziałem tego i zostałem przez niego przyłapany na konfabulowaniu.

Czy przygotowując się do roli prowadziłeś na własną rękę badania albo dużo czytałeś na temat branży muzycznej, by lepiej ją poznać?

Marty dał nam książkę zatytułowaną „Hit Men”. Dał nam też kilka innych książek o osobach, na których wzorowani są nasi bohaterowie. Serialowe postacie nie mają jednego pierwowzoru – po prostu gramy pewnego rodzaju facetów. W kolejnych odcinkach wspominamy autentyczne postacie – jest wzmianka o Davidzie Geffenie i innych, ale nasi bohaterowie są ich zlepkiem.

Podczas przygotowań dowiedziałeś się czegoś, co bardzo cię zaskoczyło? Czy jest coś, czego nie wiedziałeś o tamtych czasach?

Nie miałem świadomości, że w branży muzycznej obowiązywały tak bezwzględne zasady. Nie wiedziałem, że osoby, które odniosły sukces nie miały żadnych skrupułów. Kto wie, może dzisiaj jest podobnie? No cóż… To smutne, że tego rodzaju ludzie są zawsze górą. Byłem zaskoczony jak niesprawiedliwie traktowano muzyków. Część artystów nigdy nie zobaczyła ani grosza z tego, co zarobili. W pierwszym odcinku dosyć dosadnie wyjaśnia to Richie, mówiąc, że zanim artysta cokolwiek dostanie, kolejne osoby potrącają sobie z jego gaży część dla siebie.

Jak to jest grać w serialu reżyserowanym przez Martina Scorsese?

Świetnie. Na początku czułem się onieśmielony, bo to wielki reżyser. Potem mieliśmy próbę w jego pokoju w hotelu – tylko ja, Bobby Cannavale i dwóch innych aktorów. I… jestem aktorem i umiem wypowiadać swoje kwestie na planie, ale wtedy musiałem trochę improwizować. Kiedy robiłem to po raz pierwszy, nie miałem pojęcia jaka będzie jego reakcja. Marty przyglądał się, stwierdzał, że coś jest dobre i ta kwestia zostanie w serialu albo prosił nas o powiedzenie czegoś innego. Wtedy ja powiedziałem „zrobię to, jeśli tego właśnie chcesz”. Marty przytaknął, mówiąc: „Tak, chcę”. Wtedy zdałem sobie sprawę, że chce trzymać się scenariusza, ale chce też, aby aktorzy cieszyli się wolnością. Jest pełen zapału – można z nim rozmawiać na dosłownie każdy temat, a kiedy wspomina się o czymś, on od razu odwołuje się do filmów. Bez względu na temat rozmowy, zawsze jest jakiś film, który do tego nawiązuje. Wspomina różne filmy, czasem stare produkcje z lat 50-tych, a następnego dnia znajdujesz DVD z tym tytułem w swojej garderobie.

Słyszałem, że praca nad pilotem przypominała produkcję filmową?

Zgadza się. Zdjęcia trwały sześć tygodni. Dni zdjęciowe były długie, bo wszystkie ujęcia były szczegółowo dopracowywane. Pierwszego dnia zdjęć kręciliśmy scenę negocjacji z Niemcami. Byliśmy w The Explorers Club na Manhattanie. Na jednym krańcu stołu siedzieli Niemcy, a z drugiej siedział Bobby – pomiędzy nimi stał żuraw czy kran zdjęciowy, jakkolwiek się to nazywa. Kiedy kamera odsunęła się na bok, Cannavale powiedział: „Ludzie, czy zdajecie sobie sprawę, że to, co teraz robicie, to klasyczne ujęcie Scorsese?”. Po obu stronach stołu, w pokoju, w którym kręciliśmy zdjęcia, stały olbrzymie kły słonia. Jeden z nich przewrócił się i roztrzaskał w drobny mak – to był dar Teddy’ego Roosevelta dla klubu. Kiedy posprzątano bałagan, otrzymaliśmy zapewnienie, że kieł słonia zostanie posklejany.

Twój bohater to postać wyjęta żywcem z dramatu – chciałeś zagrać właśnie kogoś takiego?

W pierwszym odcinku wiemy o Zaku niewiele, ale kiedy serial rozkręca się na dobre, mój bohater okazuje się bardzo złożoną postacią. I odpowiadając na pytanie, tak, chciałem zagrać rolę, może nie aż tak bardzo dramatyczną, ale marzyłem o filmie albo kameralnej produkcji kręconej jedną kamerą. Mogę też grać w komediach, ale nie interesowała mnie rola w normalnej komedii. Gdyby zaproponowano mi rolę w „Kac Vegas” lub czymś w tym stylu, pewnie nie odrzuciłbym takiej propozycji, ale tym razem miałem ochotę wystąpić w czymś ambitniejszym, czymś co wywołuje niepokój. Zagrałem w serialach „Men of Certain Age” i „Parenthood”, ale mam też na swoim koncie kilka kameralnych, niezależnych produkcji. Pomimo to, jestem pewien, że większość widzów i tak zawsze będzie mnie kojarzyć z serialem „Wszyscy kochają Raymonda”. „Vinyl” trochę ich zaskoczy.

W serialu wyglądasz jak prawdziwa postać z lat 70-tych. Masz odpowiednią fryzurę i zarost.

Idzięki Bogu to moje własne włosy! Wspominam o tym, bo część aktorów siedziała godzinami w charakteryzatorni. Ja po prostu je zapuściłem. Przez ostatnie 20 lat nigdy tak nie wyglądałem. A w przypadku tego serialu brałem prysznic, wychodziłem z domu i jechałem do pracy. Byłem zrelaksowany i po prostu dobrze się bawiłem – wszystko szło zgodnie z planem. Było łatwo. Potem usłyszałem od kilku osób, które obejrzały pierwszy odcinek, że musiały przewinąć kilka scen, aby uwierzyć, że to naprawdę ja. To chyba dobra recenzja?

Zdecydowanie! A jak czułeś się na planie w roli eleganta z lat 70-tych?

Prywatnie, nie noszę się jakoś specjalnie elegancko. Zwykle wkładam na siebie T-shirt i dżinsy.  Ale mój bohater jest zupełnie inny. Zwykle widzimy go w garniturze i supermodnych dzwonach. Ja mam niestety najbardziej płaski tyłek w branży filmowej. A teraz to nie spoiler, ale ostrzeżenie – będzie rozbierana scena. W siódmym odcinku. Pamiętajcie, siódmy odcinek! Jeśli pamiętacie mnie wyłącznie z serialu „Wszyscy kochają Raymonda”, nie oglądajcie odcinka siódmego. Mam tyłek płaski jak deska. Bobby Cannavale pocieszał mnie, mówiąc, że w latach 70-tych faceci nie chodzili na siłownię. Jego zdaniem mój bohater powinien wyglądać dokładnie jak ja. To chyba komplement. Sam już nie wiem.

Głównym motywem serialu jest upadające imperium. Czy sądzisz, że jest to obecnie nośny temat, coś, do czego możemy się odnieść? Na świecie panuje niepokój, albo nawet paranoja. To dość niebezpieczne.

W tamtym czasie, czyli w latach 70-tych, wielu ludzi próbowało znaleźć w tym wszystkim sens, podobnie jak dzisiaj. Muzyka tego okresu była pełna napięcia, często była objawieniem. Moim zdaniem to samo obserwujemy obecnie. Pomimo chaosu i zamętu we współczesnym świecie istnieje nadal wielu wielkich artystów i wiele wspaniałej muzyki.

Serial „Vinyl” jest emitowany na HBO, a wszystkie odcinki są też dostępne w HBO GO.