Ojciec, syn i Matka Natura

Paulina Braniecka
Zdjęcia: Braniecka Photographer

Na co dzień żyjemy w zgiełku wielkiego miasta. Korki, smog i permanentny pęd wysysają energię i czas, dlatego bardzo ważne są dla nas regularne wyjazdy. Szczególnie pożądane są miejsca gdzie możemy złapać oddech na łonie natury. Wyciszyć się, pobyć razem, bez tłumów dookoła.

Po narodzinach naszego syna ani przez chwilę nie zastanawialiśmy się czy powinniśmy zabierać takiego malucha w podróż. Uznaliśmy to za oczywistość i skupiliśmy się bardziej na tym, czego potrzebujemy żeby to zrobić. Chcemy, żeby Leon był przy nas i chłonął świat razem z nami.

Wyjeżdżamy tak samo często jak przed tym, zanim się pojawił. Zmieniliśmy tylko specyfikę podróżowania. Staliśmy się bardziej uważni, wolniejsi, dostosowujemy rytm pod potrzeby malucha. Priorytetem jest dla nas jego bezpieczeństwo, zdrowie i dobre samopoczucie. Piękne widoki stały się tłem, a na pierwszy plan wysunęła się potrzeba obserwowania, jak taki mały człowieczek odbiera świat.

Leon kończy dopiero dziewiąty miesiąc, a zdążył zaliczyć drzemkę na pokładzie samolotu, na promie, w pociągu, w metrze. Oddychał rześkim powietrzem Norwegii, wygrzewał się pod toskańskim słońcem i łapał we włosy bieszczadzki wiatr. Zawsze w nosidle, wtulony w któreś z nas. Spokojny, szczęśliwy, bezpieczny. Sprawiający, ze czujemy się potrzebni, najważniejsi.

Pożegnać lato postanowiliśmy w naszych rodzinnych stronach. Zwiedziliśmy już kilka ciekawych miejsc na świecie, ale nigdzie nie ładujemy się wewnętrznie tak dobrą energia, jak nad wodą. Szczególnie poza sezonem, kiedy nawet mieszkańcy chowają się w domach. Zabieramy koc, coś do przegryzienia i całe dnie spędzamy na leniwym wylegiwaniu się nad wodą lub spacerując po lasach. Nigdzie indziej powietrze nie pachnie mchem jak tam. Nigdzie indziej zieleń nie razi intensywnością w oczy jak tam i nigdzie indziej człowiek nie jest bliżej natury.