Ojciec ojcu przyjacielem

Marcin Krasny

Wszystkie dzieci są takie same – można by pomyśleć, czytając książkę „Tata w budowie”. Nie jest to zarzut; wręcz przeciwnie, bo jej autorowi, Tomaszowi Bułhakowi, udało się w pięćdziesięciu ośmiu krótkich (a nawet bardzo krótkich) rozdziałach zawrzeć doświadczenia wspólne dla większości świeżo upieczonych ojców.

Począwszy od pierwszego pawia wypuszczonego dyskretnie na tatusiową bluzę aż po pierwszy megafoch na widok nowo narodzonej siostry – trudności i radości opieki nad małą Zu wydają się uniwersalne i zrozumiałe dla każdego mężczyzny, który postanowił zaopiekować się potomstwem.

Książki parentingowe to zazwyczaj straszna nuda. Oczywiście, często trudno przecenić zawarte w nich informacje o prawidłowym rozwoju dziecka. Sięgają po nie rodzice potrzebujący wsparcia lub poszukujący odpowiedzi na trudne pytania: „To już ósmy miesiąc! Czy moje dziecko nie powinno już raczkować?”. Albo: „Chętnie poczęstowałbym go kebabem, ale nie wiem, czy niemowlakowi wolno”. W ostateczności nawet: „Ten diabeł wydziera się już od godziny. Gdzie jest najbliższe »Okno życia«?”.

Książka Bułhaka nie należy do tej kategorii. To raczej swobodny, dowcipny reportaż z chwil spędzonych sam na sam z niemowlakiem, opowieść o wyzwaniach dnia codziennego, humorach malucha i nierównej walce taty z resztkami jego cierpliwości. Autor pisze o tym, jak podczas przebierania małego łobuza wykorzystać znajomość judo, dlaczego nie musimy kupować chodzika i że nosidło to fenomenalny wynalazek nie tylko dla mam. To właściwie blog przeniesiony na papier i rozwinięty o nowe wpisy.

Kim jest jego autor? Bułhak pisze w tak bezpośredni i pełen ciepłego, niewymuszonego humoru sposób, że odbieramy go jak kumpla z sąsiedztwa, co to czasem żartem rzuci, auto pomoże odpalić, piwem poczęstuje. To równy gość. Jest przy tym normalny aż do bólu – wierzy w Boga, uwielbia jeździć samochodem, lubi długie spacery i kocha swoją rodzinę, choć przy tym wszystkim zdaje sobie sprawę, że nie jest doskonały. Dzięki temu jest jeszcze bardziej ujmujący.

Ta normalność ma jednak również swoje wady. „Tata w budowie” nie poradzi, jak zabrać dziecko na ekstremalną wycieczkę po Indonezji, nie nauczy, czy karmić dziecko machając mu przed oczami samolocikiem, czy raczej zastosować metodę BLW, nie zasugeruje nawet, czy wożąc malucha do żłobka rowerem należy pojechać ulicą, czy raczej chodnikiem. Nikt jednak nie oczekuje, że to zrobi. Największą wartością tej książki nie jest bowiem szeroko rozumiane poradnictwo, lecz raczej wsparcie duchowe. Między wierszami „Taty w budowie” zawarty jest bowiem przekaz: „To wcale nie jest takie trudne, jak się wydaje. Nie święci garnki lepią. Dziecko to nic strasznego. Dasz radę”. Ta książka to jeden wielki uścisk otuchy – niedźwiedź zrobiony przyszłemu ojcu przez ojca obecnego. Z tego też powodu idealnym jej odbiorcą będą właśnie tatusiowie in spe, których partnerki paradują z coraz większym brzuchem, tymczasem oni rozmyślają w ukryciu, czy dadzą sobie radę w sytuacji, która wymaga wejścia w całkiem nową rolę. Ojcowie będący w tej samej sytuacji, co Bułhak, czytając jego książkę mogą jedynie uśmiechnąć się ze zrozumieniem lub, tak jak ja, utwierdzić się w przekonaniu, że większość dzieci w pierwszych latach życia zachowuje się mniej więcej tak samo. Płacze, nie może zasnąć i intensywnie wpatruje się we wszystkie pobliskie źródła światła.

„Tata w budowie” ma jeszcze jedną, niezwykłą zaletę – szatę graficzną. Już na pierwszy rzut oka widać, że wydawca i autor włożyli sporo czasu i wysiłku w to, żeby książka wyglądała atrakcyjnie. Twarda okładka, jaskrawozielona (żeby nie powiedzieć – oczojebna) kolorystyka i co najważniejsze – urocze, oszczędne rysunki Marii Apoleiki, znanej fejsbukowiczom z popularnego fanpejdża „Psie sucharki”. Dzieci będą je uwielbiały. Zapewniam.

Czy przeczytać „Tatę w budowie” Bułhaka? Jeśli spodziewasz się dziecka i nie wiesz, jak to będzie – koniecznie! Jeśli już jesteś ojcem i chciałbyś się trochę pośmiać z wysiłków innych – jak najbardziej.