Las i Niebo

Redakcja

Gdy pięć lat temu zakładałam własną markę, próbowałam złapać w jej nazwie oraz w kilku zdaniach towarzyszącą jej ideę i napisałam wtedy: Las i niebo. Obrazy miłych chwil zaczerpnięte z pamięci. Słońce, grające świerszcze, zapach opalonej skóry, ogniska, późnego lata. Oddech. Przestrzeń. Wzrok utkwiony w koronie drzew. Drzemka w hamaku w ich cieniu, błękit nieba i zieleń liści. Nieskończona paleta odcieni inna w zależności od pory dnia, światła, przejrzystości powietrza i miejsca. Z bliska, z daleka, z okna, z samochodu. A w każdym lesie inna historia, inne drzewo, liście. Ścieżka do czyjegoś domu, a może w głąb lasu. Pozwól zaprosić się do świata, w którym rysunek snuje swoją opowieść.  I to jest chyba to – LAS I NIEBO , ale także kwintesencja mojego dzieciństwa, na który ogromny wpływ miał bliski kontakt z naturą.  Dodałabym do tego jeszcze fundamentalne poczucie bezpieczeństwa. Takie dzieciństwo zawdzięczam moim rodzicom. 

Ale aby zacząć tę historię, muszę cofnąć się trochę bardziej w czasie.

Rodzice mojego taty urodzili się w wiosce Las położonej między Suchą Beskidzką i Żywcem, w Beskidzie Małym. Wyjechali, jak wiele osób w tamtym okresie na Śląsk, za pracą. Mój tata urodził się już na Śląsku, ale jako dziecko spędzał wakacje u rodziny właśnie, w Lasie, czy też jak my mówimy „na Lesie” i do tego miejsca zawsze powracał, było i jest dla niego szczególne.  Jako nastolatek powiedział kiedyś swojej mamie, że jedzie z namiotem „połazić” i samotnie zaczął chodzić po Beskidach. Nie raz bywało tak, że dojeżdżał stopem lub pociągiem późno w nocy do wioski leżącej po drugiej stronie wzgórza i przechodził w całkowitej ciemności na przełaj do domu rodziny. Na studiach tata obracał się w kręgu miłośników gór, chodził na rajdy błotne, wielu z jego kolegów było przewodnikami górskimi, założycielami chatek studenckich, a nawet himalaistami. Wracając kiedyś z przyjaciółmi z wycieczki, zatrzymali się w domu kolegi, w Bulowicach koło Wadowic. Tam tata poznał moją mamę, która przyjechała z Chrzanowa grać na pianinie w czasie zorganizowanego przez jej kuzyna „wieczorku”. Miesiąc miodowy spędzili chodząc po Tatrach, bo to, co ich bardzo połączyło, to miłość do natury i gór. Tata studiował na Politechnice Śląskiej i z nią związał później swoje życie zawodowe, pozostając w Gliwicach i tam z mamą stworzyli nasz dom, tam się urodziłam. 

Wychowywałam się w Gliwicach, ale przy każdej możliwej okazji wyjeżdżaliśmy z rodzicami, moja siostrą i bratem z miasta. Najpierw, gdy byłam bardzo mała, rodzice wynajmowali we wspomnianym Beskidzie Małym drewnianą chatkę od góralki. Pamiętam zapach starego drewna, myszy, ganek z szybkami i wysokim progiem, pomalowany białą farbą, cały obklejony naklejkami w ptaki. Zapomniałam o tym na wiele lat i obraz tego obklejonego ptasimi naklejkami ganku kiedyś po prostu pojawił mi się przed oczami. Chodziliśmy pod drewniany most płukać w potoku wyprane wcześniej w misce ubrania i pieluchy.  Rzucało się pranie przed siebie do wody i patrzyło, jak prąd niesie je w naszą stronę, potem ta adrenalina, żeby złapać w odpowiednim momencie, zanim woda poniesie je daleko. W ogóle z potokiem związanych jest wiele moich wspomnień. 32 lata temu, właśnie nad potokiem, pod lasem mój tata wybudował drewnianą chatkę (Krokusa, mniejszy odpowiednik Brdy), która służyła naszej rodzinie przez wiele pięknych lat jako miejsce najcenniejszych spotkań. Nad potokiem budowaliśmy z kuzynami indiańskie szałasy, robiliśmy tamy, oglądaliśmy pstrągi i malutkie „guce”. To były lata 80., w wioskach zobaczyć jeszcze można było stare drewniane chałupy budowane na jaskółczy ogon, stada krów i kóz wypasanych przez miejscowych. Pamiętam szczególnie jedną chatę, która stoi tam po dziś, do której poszliśmy po jajka. Próg był pniem świerku o średnicy 30-40cm, pod sufitem obrazy świętych, błękitne ściany i ten szczególny zapach skansenu.

Nad potokiem rosły wierzbówki kiprzyce i dzwonki, które uwielbiałam zrywać, otwierać i przyglądać się detalom kwiatów. Tata zrobił nam dwie ławeczki, na jednej siedziałyśmy z siostrą, druga była sklepową ladą. Ja miałam restaurację, ona sklep. Ziemia była kakao, kamyki ziemniakami. Raz bawiąc się ze znajomymi nad potokiem, zrobiłam w starej zardzewiałej puszce „zupkę” z ziemi, trawy, kwiatków i powiedziałam koledze ze mama kazała mu to wypić (w zabawie)… a on myślał, że mówię serio i wypił. W potoku pływaliśmy na dętce z malucha.

Rodzice zabierali nas do lasu na całodniowe wycieczki. Głęboko w lesie na polankach często (znowu) nad potokiem, tata rozpalał ognisko, robił z gałęzi siedzisko, zaparzał nad ogniskiem herbatę i tak spędzaliśmy czas. Dawał nam kijki leszczynowe (są proste) i wycinałyśmy z siostrą  w zielonkawej korze scyzorykami wzorki. Zbieraliśmy jeżyny (stróźnice, ostrężyny), poziomki, maliny.

Koło chatki wieczorami paliliśmy ogniska, zapatrzeni w gwiazdy. Chatka do dziś nie ma prądu i jest to w moich oczach jeden z jej największych atutów.

Ferie zimowe również spędzaliśmy w chatce. Pamiętam otwarte na oścież drzwi, mamę krzątającą się przy opalanym drewnem piecu z farelkami, zawsze pachniało bigosem, schabem, innymi tego typu obiadami. Śniegu było tak dużo, że żeby rano otworzyć drzwi trzeba było dużo siły, takie były zaspy. Biegałyśmy po tym śniegu całymi dniami, wpadając tylko przebrać przemoczone ubrania i coś zjeść, mama wieszała te ubrania na drewnianych żerdkach powieszonych nad piecem. Tata całymi dniami rąbał drewno i dokładał do pieca. Wieczorem słychać było trzaskające w piecu drewno.

Wieczorami siedzieliśmy przy świecach i graliśmy w karty, najczęściej w remika.

Na tych drewnianych żerdkach nad piecem późnym latem i jesienią suszyły się całe łańcuchy grzybów – kozaki, prawdziwki, podgrzybki, pocieki, zapach wypełniał całą chatkę. 

Odkąd sama jestem mamą, zabieram moje dzieci co roku do chatki. Do niedawna nie było to tak częste jak chciałam z powodu odległości,  od niedawna znowu jesteśmy blisko.

Zarówno moja mama jak i tata to dusze artystyczne. Mama kochała muzykę, od dzieciństwa grała na pianinie, kończyła szkoły muzyczne i studiowała na Akademii Muzycznej w Katowicach. Prowadziła z sukcesami dziecięce zespoły wokalne, a później taneczne. Gdy mój tata był mały, dużo malował. Pewnego razu dostał od starszej pani, która zobaczyła jego prace drewnianą walizkę malarską z prawdopodobnie jeszcze przedwojenną buteleczką werniksu i farbami olejnymi. Teraz ja ją mam. Do dziś zachowało się kilka obrazów mojego taty, które namalował bardzo dawno temu. Nie rozwinął artystycznych zainteresowań, skończył Politechnikę Śląską, ale zawsze pozostawał wrażliwy na sztukę. Gdy przypadkiem usłyszał o nowo otwieranym liceum plastycznym w Zabrzu, od razu zasugerował. żebym podeszła tam do egzaminów.

W Gliwicach mieszkaliśmy w bloku, ale nasze mieszkanie było nietypowe. Tata sam zrobił w nim parkiet i większość drewnianych mebli. Pod sufitem były belki imitujące drewniany strop. Szafki, szafeczki, półki z masą snycerskich detali, wykonał przy użyciu prostych narzędzi (lata 80., nie było takich możliwości jak teraz).

Moje serce na stałe związało się z przyrodą. Po kilku latach spędzonych w Warszawie wróciłam do Małopolski, by móc codziennie cieszyć się ukochanymi miejscami razem z rodziną. Widzę z okna jak na dłoni Beskid Mały, do naszej „starej” jak mówią moje dzieci chatki mam 38 km. Czuję, że jestem u siebie. 

LAS I NIEBO powstało jako połączenie moich zainteresowań: rysunku, projektowania i miłości do natury. Autorskie rysunki przenoszę na tekstylia i elementy wystroju wnętrz snując opowieść o świecie, który jest obok nas, ale do którego w codziennym życiu nie zawsze mamy dostęp. Kwiaty polne, Ptaki, Motyle, Osty, wszyscy je znamy, ale czasem w miejskim pośpiechu nie możemy sobie pozwolić, aby je kontemplować. Wzory LAS I NIEBO są dla ludzi podobnych do mnie. Są trochę taką tęsknotą za pięknym czasem, wspomnieniem beztroskiego lata na wsi, dziecięcego, szczerego zachwytu otaczającym światem. Te obrazy stały się częścią mnie i ciągle mi towarzyszą. Pielęgnuję w sobie to dziecko, bo tak długo jak będziemy się zachwycać, tak długo będziemy żyć.