Kamil Bałuk

Marika Krystman
Zdjęcia: Filip Skrońc

O ojcach-stwórcach i spermooszustwie w Holandii rozmawiamy z autorem świetnego debiutu reporterskiego „Wszystkie dzieci Louisa”.

 

Marika Krystman: Kiedy trafiam na wzmianki o twojej książce, pojawiają się opinie, że wziąłeś na warsztat ryzykowny, bo trudny i delikatny temat, tymczasem bohaterowie opowiadają o sobie otwarcie. Ciebie też zaskoczyła ta ich bezpośredniość?

Kamil Bałuk: Zdziwiła mnie otwartość wszystkich, każdego bohatera. Jedna z matek położyła przede mną słomkę z nasieniem z 1993 r. – takie rurki wykorzystuje się do przechowywania nasienia dawcy. Nie przypominam sobie sytuacji, żeby ktokolwiek odmówił odpowiedzi na moje pytanie albo żeby je przemilczał. Nic nie zostało bez odpowiedzi, co oznacza, że albo nie zadałem żadnego hardcorowego pytania albo oni wszyscy byli gotowi rozmawiać. Może to jest typowo holenderskie, a może to była ich świadomość, że mówili na potrzeby polskiego reportażu. Szczególnie, że rozmawialiśmy po niderlandzku, a ja w tym języku brzmię trochę jak dziecko – dziecko ze znakomitą znajomością terminologii rozrodczej. To też otwiera, bo jeśli ktoś nie jest nativem, tłumaczysz mu wszystko prosto i szczerze, nie ma miejsca na jakieś zawoalowane ściemy. Ten język był moją tajną bronią. Oczywiście rozmawiałem też po angielsku, ale bez niderlandzkiego dużo bym stracił. Rozmowy z Louisem – dawcą, tytułowym ojcem biologicznym około dwustu dzieci i doktorem Karbaatem – szefem niesławnej klinice w Barendrechcie, prowadziłem po niderlandzku. Byłem dla nich ciekawostką. Szczególnie dla Karbaata musiałem być – co sam przyznał – dziwną osobą, która przyjechała z Polski, rozmawia po niderlandzku, zadziwiająco dużo wie o bankach nasienia w Holandii. Problemem nie był język, ale medialność części bohaterów. Niektóre Połówki, czyli półbracia i półsiostry mające wspólnego ojca biologicznego – Louisa, często udzielają się w mediach. Nie tylko łatwo zgodzili się na rozmowę, ale też mieli pewną dyżurną wersję wydarzeń, jakby zdartą płytę. Osoba, która była już w kilku programach telewizyjnych i autoryzuje każdy wywiad, staje się trochę własnym PR-owcem. Żeby dowiedzieć się czegoś ciekawego, czego inny reporter nie słyszał, trzeba wielu długich spotkań.

Może to punkt widzenia Polki, ale mam wrażenie, że Połówki – jak mówią o sobie te dzieciaki – swobodnie przyjmują do wiadomości, że pochodzą od dawcy. Nie ma tu tragedii tożsamościowej, nie ma pretensji do matek.

Nie zawsze. Jedna z bohaterek długo nie chciała ze mną rozmawiać, a kiedy się zdecydowała, było za późno, książka była już gotowa. Spotkałem ją dwa miesiące temu i oznajmiła, że zerwała kontakt z rodzicami po tym, gdy się dowiedziała, że jest z dawstwa. Utrzymuje tylko kontakt z dziadkami, którzy od początku naciskali jej rodziców, żeby powiedzieli jej prawdę. Są takie historie. Inny bohater, Henrik, zarzuca matce nieodpowiedzialność. Monique, kobieta, która podejrzewa, że jest córką Karbaata, również uważa, że jej matka nie za bardzo się zastanawiała nad tym, co robi. Może jej nie obwinia, ale próbuje znaleźć odpowiedź. To trudne: musisz poradzić sobie ze świadomością, że możesz mieć tak wielu półbraci i półsióstr, poszukiwaniom towarzyszy bałagan dokumentacyjny w klinice, zmowa milczenia. Dostrzegam w każdym z moich bohaterów gniew i poczucie, że ktoś kiedyś podjął ważne dla ich życia decyzje i musi być za nie odpowiedzialny. Ale nie wiadomo kto! Nie można winić matek. To była machina: ramy prawne, rewolucja kulturalna i seksualna lat 70. A potem refleksja, że może wolność zaszła za daleko. W tej debacie Holandia jest 30 lat do przodu w stosunku do Polski, tam dyskutuje się tak: daliśmy pełną wolność, ale zapomnieliśmy o odpowiedzialności za życie tych ludzi. U nas jeszcze nie ma pełnej wolności, a nawet jest regres.

Matki to jedno, a co z odpowiedzialnością lekarzy? To przecież oni rozhulali tę całą machinę.

Lekarze powinni odpowiedzieć za bałagan w dokumentacji lub mieszanie nasienia różnych mężczyzn, nie każdy podchodził do swojej pracy moralnie. Jan Karbaat usprawiedliwiał się, że liczyło się dla niego jedynie, żeby kobieta była szczęśliwa, bo zaszła w ciążę. Dylematy moralne łatwo od siebie odsunąć. Ostatnio brałem udział w debacie, na której był ginekolog opowiadający o płodności w sposób bardzo instrumentalno-techniczny: „Jajowód nie działa, to naprawiam”. Zapytałem: „Czy pan nie redukuje swojej roli fachowca zajmującego się ludzką płodnością do hydraulika?”. Po zastanowieniu się odpowiedział, że w sumie tak – działa jak inżynier, albo złota rączka. Mówiąc brutalnie, hydraulik nie ma wątpliwości moralnych dotyczących rury, którą naprawia. Taka postawa ułatwiała i ułatwia lekarzom sprawę, pozbawia dylematów. Holenderscy doktorzy też przyjmowali taką linię, przenosili odpowiedzialność na przyszłych rodziców. Tyle, że ci rodzice nie byli o niczym poinformowani, nie znali zagrożeń, jakie może nieść anonimowe dawstwo nasienia, nie mieli z kim porozmawiać. Wszystko było tajemnicą, przy czym to lekarz naciskał, żeby zachować to w sekrecie. Nawet w poczekalni do kliniki wszyscy milczeli.

Spotkałeś się z Louisem, doktorem Kaarbatem i w końcu – dzieciakami: półbraćmi i półsiostrami. Biorąc pod uwagę kontekst rozmów, potrzebowałeś sporej dawki empatii. Czułeś się bardziej dziennikarzem czy psychologiem? Dla mnie reporter jest zawsze krzyżowką obu.

Coś w tym jest. Człowiek piszący reportaże bywa bardziej psychologiem niż dziennikarzem. Zresztą, nie lubię o sobie mówić, że jestem dziennikarzem, nigdy nie pracowałem na stałe w żadnej redakcji – nie wyobrażam sobie pisania codziennych krótkich newsów albo robienia kilku wywiadów w miesiącu. Podziwiam ludzi, którzy tak zarabiają na życie, ja po prostu nie umiem. Fascynuje mnie też ta właściwa dla przygotowywanego przez wiele miesięcy reportażu wiwisekcja w ludzkiej wrażliwości czy osobowości. Lubię budować postaci –  jeśli popatrzeć na to, czym się zajmuję, jak na teatr, to raczej nie jak na bombastyczną sztukę z obfitą scenografią, bardziej monodram pełen monologów. Trochę tak jak psycholog, mogę zadać pytanie, na które sam nie znałbym odpowiedzi, które mnie samego by wkurzyło. A potem zinterpretować odpowiedź mojego rozmówcy. Przykład – kiedy moi bohaterowie wspólnie wyrzucili z grupy na Facebooku dwie osoby, które nie chciały zrobić testu DNA, każdego po kolei spytałem: „Dlaczego to zrobiliście?”. Świetnie było móc prześledzić to rozwarstwienie odpowiedzialności, a później usłyszeć od kilku osób, że „mówiąc off the record – wyrzucenie tamtych było strasznie chamskie”. Fascynuje mnie dynamika grupy, którą opisuję, więc chyba bliżej mi do socjologa niż do psychologa.

Blisko przyjrzałeś się też dwóm postaciom ojców-stwórców – Louisowi, dawcy nasienia, który przyczynił się do narodzin dwustu holenderskich dzieci i Kaarbatowi – doktorowi, który pomógł w przyjściu na świat jakimś 6 tysiącom dzieciaków. Który fascynował bardziej?

Zanim spotkałem Jana Karbaata, ulepiłem sobie w głowie jego wizerunek z analizy materiałów archiwalnych. To była postać, która przez 60 lat zostawiała po sobie wiele śladów w mediach – dokumentów i wywiadów, do tego dochodziły opowieści Połówek. Louis z kolei sam wysłał mi sporo dokumentów na swój temat, był otwarty. Na odtworzeniu losów tych dwóch postaci spędziłem najwięcej czasu. Trudno mi rozsądzić, który bardziej fascynuje. Jedno jest pewne – obaj wykazali się nieodpowiedzialnością. Karbaat, nie wiedząc jak wiele już wiem, okłamał mnie wiele razy. Nie spodziewałem się zresztą, że będzie inaczej, że doktor dokona rachunku sumienia. Kilka dni temu okazało się oficjalnie, że doktor jest ojcem dziewiętnaściorga dzieci, których matki pojawiały się w jego klinice. A to dopiero początek poszukiwań. Dopiero po śmierci Karbaata można było przeprowadzić badania, bo wcześniej nie zgadzał się na oddanie swojego materiału DNA do sprawdzenia.

Wywiad z Louisem był z kolei najciekawszą rozmową jaką przeprowadziłem w życiu. Z wielu przyczyn. Po pierwsze – musiałem go bardzo do niej przekonywać, po drugie – naczytałem się o zespole Aspergera i specjalnie się przygotowywałem na to, jak ta rozmowa – przez aspergera – może wyglądać. Trochę niepotrzebnie. Louis ma ponad 60 lat i sporo samoświadomości – przyzwyczaił się, że ludzie nie dostosowują się do jego reguł, co jest częstym nieszczęściem osób z aspergerem. Ta rozmowa była i wstrząsająca, i wzruszająca. Louis odpowiadał w bardzo ustrukturyzowany sposób. Znał pytania wcześniej, opisywał zdarzenia ze szczegółami niepotrzebnymi zwykłemu człowiekowi, za to cennymi dla reportera. Nie liczyłem na dialog, Louis prowadził swój uporządkowany monolog, a ja słuchałem. To była opowieść o wielkiej samotności i o roli przypadku. Gdyby klinika znajdowała się nieco dalej od domu Louisa, nie oddawałby nasienia, Połówki by się nie urodziły. Gdyby przypadkiem nie trafił na powtórkę programu w telewizji, nie dowiedziałby się, że biologiczne dzieci go szukają.

W swoim debiucie stworzyłeś nie opowieść o rynku handlu spermą, ale o pragnieniu bycia czyimś dzieckiem. W trakcie pracy nad nią pojawiły się jakieś twoje refleksje związane z tożsamością?

Moi rodzice też się rozeszli, gdy byłem dzieckiem, cały czas mam dobry kontakt z obojgiem, ale samo to, że dorastałem chwilami w niepełnej rodzinie pozwoliło mi lepiej wczuć się w sytuację Połówek – wiedziałem, jakie pytania zadać. Nie wydaje mi się, żeby praca nad książką jakoś mnie odmieniła, ale niedawno zacząłem się zastanawiać nad tym, że sam mam dwie siostry przyrodnie. Mieszkamy daleko od siebie, nie mamy częstego kontaktu. Może szkoda? To przecież takie moje Połówki.

„Wszystkie dzieci Louisa”
Kamil Bałuk
Wydawnictwo Dowody na Istnienie

wszystkie-dzieci-louisa