O uczciwości

Dariusz Szymanowski

Dzieciaki potrafią zaskakiwać. Często bywają o wiele bardziej odpowiedzialne niż nam się wydaje. Umieją być konsekwentne, kreatywne, niekiedy nawet wyrachowane. Starają się zmieniać świat, zanim on je zmieni.

Nie tak dawno miałem okazję zobaczyć dwie produkcje, które polscy widzowie mieli możliwość oglądać już w tym roku podczas festiwalu Kino Dzieci. Jedna z nich trafiła także ostatnio do kin. „Magiczne święta Kacpra i Emmy”, bo o niej mowa, to trzecia już odsłona przygód sympatycznych przedszkolaków, która jest ekranizacją jednej z bestsellerowych książek Tora Age’a Bringsvarda i Anne G. Holt. Historia Kacpra i Emmy, przeplatana piosenkami i animowanymi fragmentami, to rzecz o poszukiwaniu magii świąt, niecierpliwym wypatrywaniu Mikołaja i pragnieniu małej bohaterki, która chce spędzić święta z ukochanym dziadkiem. To film o przyjaźni, miłości, marzeniach i… niedocenieniu. Zaskakujące? Owszem, tym bardziej, gdy dodam, że chodzi tu o niedocenienie przez rodziców siły, sprytu i manipulacyjnych zdolności ich dzieci.

Historia ta, zgrabnie nakręcona przez Arnego Lindtnera Næssa i całkiem nieźle zagrana przez dwójkę młodych aktorów, tylko z pozoru wydaje się miłą opowiastką o przygotowaniach do świąt Bożego Narodzenia. Gdyby zatrzymać się jedynie na powierzchni opowiadanej historii, to w istocie znajdziemy tu wszystko, co w familijnym przedświątecznym filmie być powinno. Od tęsknoty za śniegiem (choć trudno mi wyobrazić sobie, że Norwegowie mają z tym jakikolwiek problem), przez wypiekanie pierników, masową produkcję choinkowych ozdób, na wigilijnej kolacji (z Mikołajem w roli głównej) kończąc. Tak, gdyby poprzestać na takim odbiorze „Magicznych świąt Kacpra i Emmy”, widz powinien wyjść z kina uśmiechnięty i przepełniony świątecznym nastrojem. W końcu czy możemy chcieć czegoś więcej od tego typu kina? Rzecz w tym, że przygody Kacpra i Emmy nie są jedynie tkliwą wigilijna przypowieścią, w której występują sami szczęśliwi ludzie. I choć twórcy wykorzystują w filmie czytelne klisze i proste symbole, to udaje im się (być może przez przypadek) wprowadzić do fabuły wątki mające poruszyć nieco czulsze struny. Oto Kacper i Emma, aby osiągnąć swój cel, sięgają po arsenał sztuczek przynależny światu ich rodziców. Manipulacja, nie do końca czyste zagrania, miejscami emocjonalny szantaż – to wszystko zmusza nas, aby zapytać o sens i wymowę tych miejsc w filmie Næssa. Wydaje się, że tu chodzi właśnie o odpowiedzialność. Nie tyle za kogoś, co za własne czyny. Manipulując innymi, wyrządzamy im zapewne krzywdę – zdają się mówić twórcy. Dowiedzą się o tym zarówno Kacper, Emma, jak i Vera (siostra partnerki dziadka), która również chwyta się kłamstwa, aby postawić na swoim.

Druga pozycja to animowana historia Alberta Albertsona pod tytułem „Hokus-pokus, Albercie Albertsonie”. To filmowa postać znanego także dzieciom w Polsce sympatycznego przedszkolaka z serii książek Gunilli Bergström (Wyd. Zakamarki). Autorka otrzymała za swoją twórczość wiele nagród, a książki o Albercie zostały przetłumaczone na kilkadziesiąt języków i rozeszły się w milionowych nakładach na całym świecie. W 2012 r. minęło już 40 lat od ukazania się pierwszej historii o Albercie, który w Szwecji, swojej ojczyźnie, nazywa się Alfons Aberg. „Hokus-pokus, Albercie Albertsonie” to opowieść o magii, trudach dorastania i odpowiedzialności. Główny bohater tak bardzo pragnie mieć własnego psa, że nie cofnie się nawet przed kradzieżą, okłamując przy tym najbliższych i przyjaciół. Cel jest jasno określony, a metody jego osiągnięcia… no cóż, jak mówi przysłowie „cel uświęca środki”.

Obie produkcje łączy wątek odpowiedzialności. W przypadku Kacpra i Emmy idzie o odpowiedzialność za świadome manipulowanie czyimiś uczuciami. Albert natomiast dowiaduje się, że odpowiedzialnym powinno się być nie tylko za upragnionego psa, ale także za własne nieuczciwe czyny. Można „Magiczne święta Kacpra i Emmy” i „Hokus-pokus, Albercie Albertsonie” oglądać jako sympatyczne, atrakcyjne wizualnie produkcje, ale również jako przypowieści.

Jeszcze jedna myśl nie może mnie opuścić. Myśl stojąca w opozycji do przytoczonej przed chwilą tezy, a mówiąca o tym, że odpowiedzialność, dopasowanie, przystosowanie, choć mile widziane, niczego zmienić nie może. Jest taki cytat z książki Waltera Isaacsona pt. „Steve Jobs”: Za tych, co szaleni. Za odmieńców. Buntowników. Awanturników. Niedopasowanych. Za tych, co patrzą na świat inaczej. Oni nie lubią zasad. Nie szanują status quo. Można ich cytować, można się z nimi nie zgadzać; można ich wysławiać, można ich zniesławiać. Ale jednego nie można zrobić – nie można ich ignorować. Bo to oni zmieniają świat. Popychają ludzkość do przodu. I choć niektórzy mogą widzieć w nich szaleńców, my dostrzegamy w nich geniusz. Ponieważ to ludzie wystarczająco szaleni, by sądzić, że mogą zmienić świat… są tymi, którzy go zmieniają.

Oba filmy można obejrzeć w wybranych polskich kinach w ramach działalności Stowarzyszenia Nowe Horyzonty i projektu Dzieciaki na horyzoncie, czyli odsłonie festiwalu Kino Dzieci.