Geny i dźwięki

Redakcja

Agata Steczkowska – najstarsza z dziewięciorga muzykującego rodzeństwa – od ponad 30 lat poświęca się edukacji muzycznej. Obdarzona słuchem absolutnym uczy wg własnego programu autorskiego, negującego oficjalny system szkolnictwa. Pasję i zdobytą wiedzę przekazała już kilku tysiącom wychowanków i nie zamierza przestawać.

Czy zgłaszają się do Pani rodzice, którzy zauważyli przejawy talentu u swojego dziecka? Czy może częściej rodzice chcą ten talent niejako stworzyć, w kontekście własnych ambicji?

Moim zdaniem zawód rodzica jest najtrudniejszą profesją świata. Wszyscy rodzice popełniają błędy, z którymi dziecko musi sobie radzić. Sprowadzamy na świat istoty, o których tak naprawdę niewiele wiemy. Jak wielu z nas przygląda się swoim dzieciom? Kim naprawdę dziecko jest? W jaki sposób pomóc rozwijać to, czego pragnie? Jak zapewnić warunki do rozwoju? Większość rodziców nie zadaje sobie takich pytań, uważając swoje dzieci za własność. Wszelkimi sposobami, przy wsparciu szkoły, religii i nakazów społecznych usiłuje wpasować tę tajemniczą istotę do świata. Rodzice, którzy przychodzą do mnie z dziećmi zadają sobie takie pytania. Rozpoznanie wrodzonych, wybitnych zdolności czy talentu jest, i łatwe, i trudne. Przychodzimy na świat z jakimiś predyspozycjami i dotyczy to wszelkich dziedzin – nie tylko artystycznych. Nie ma czegoś takiego jak tabula rasa. Muszą jednak zaistnieć pewne warunki, aby talenty mogły się ukazać. I tutaj rola rodzica jest najważniejsza. Dzieci kopiują dokładnie wszystko, co widzą, czują, wąchają, czego smakują i dotykają. Dziecku można wkodować wszystko. Oczywiście jedną sprawą są geny, np. predyspozycje muzyczne, które były w rodzinie od pra-, pra- przodków.

Pochodzę z rodziny, w której genach jest muzyka i to z obojga stron – mamy i taty. Ja i moje rodzeństwo rodziliśmy się w świecie dźwięków. Jak każda dziewczynka sądziłam, że to co robią moi rodzice, robią wszyscy inni ojcowie i matki. Byłam bardzo zdumiona, gdy odwiedziłam koleżankę i okazało się, że jej rodzice nie grają i nie śpiewają. Geny nie powinny przesądzać o naszym życiu, natomiast warto się im przyglądać – sprawdzić jakie predyspozycje mieli nasi przodkowie, czym się zajmowali i spróbować u dziecka to odnaleźć. Może jest podobne do brata matki, a ten brat miał jakieś zdolności. To może wyglądać różnie. Geny jednak nie determinują, a przynajmniej nie powinny determinować naszego życia. Świadomość jest ważniejsza. Ponieważ pracuję z tysiącami dzieci i dorosłych, uważam, że nie ma wieku, w którym nie możemy się czegoś o sobie dowiedzieć, czegoś nauczyć czy w końcu – czegoś rozwinąć. Rodzice często pytają mnie o poradę, podpowiedź – co tkwi w moim dziecku? Cieszę się z takich pytań i cieszę się, kiedy uda mi się na nie odpowiedzieć. Wzrusza mnie troska niektórych rodziców i ich dociekliwość. Geny to potęga. Jednak pod ich warstwą można znaleźć ukryte innego rodzaju zdolności. Zdarza się dosyć często, że dzieci, które lubią śpiewać, uwielbiają też tańczyć i malować – mają zdolności manualne, więc trzeba im umożliwiać próbowanie tego, co je interesuje.

Przypomniała mi się historia pewnej dziewczynki, której trudno było usiedzieć na lekcji. Nieustannie się wierciła, była nieznośna. Mama poszła z nią do psychologa, który postawił zaskakującą diagnozę: trzeba ją zapisać na zajęcia taneczne. Ona musi tańczyć. Niektórzy mogliby powiedzieć, że dziewczynka ma ADHD.

Zdarzają się dzieci o nieprzeciętnych zdolnościach kinetycznych – nie mogą usiedzieć i należałoby zbadać dlaczego tak się dzieje. Część takich uczniów cechuje się wysokim poziomem inteligencji, a wiercenie się oznacza znudzenie. Te dzieci już wcześniej pojęły dany temat i wyrażają swoje zniecierpliwienie, a nieświadomi dorośli – z uporem maniaka – usiłują po raz piąty tłumaczyć dziecku coś, co już dawno zarejestrowało. Niektórzy rodzice idą na łatwiznę przyklejając dziecku łatkę ADHD. A takie dzieci często celowo zwracają na siebie uwagę agresją. Mają mnóstwo energii i muszą ją gdzieś spożytkować. Dziecko będzie robiło to, na co mu się pozwala w domu. Później będzie robiło to, do czego się przyzwyczaiło szkole i innych miejscach. I wtedy może okazać się, że zachowanie dziecka jest dużym problemem dla wszystkich, a przede wszystkim dla niego samego. Znam chłopca, który jest bardzo duży jak na czterolatka, ma bardzo silne rączki. Powiedział mi, że najbardziej lubi uderzać nimi tak mocno, aż się uspokoją. I takiemu chłopcu należy znaleźć zajęcia siłowe, manualne. Karanie go za to, że za to ze ma silne raczki nie ma sensu. Rozkrzyczane dzieci potrzebują nie tylko rozładowania emocji przez szaleństwa i zabawę, ale też wyciszenia, ograniczenia bodźców, strefy ciszy. Można wtedy dzieciom grać na cichutkich pentatonicznych harfach, których dźwięki po prostu uwielbiają. Dziecko musi się nauczyć ciszy i przebywania ze samym sobą, bez względu na to czy jest w grupie, czy w rodzinie, czy na placu zabaw.

Pani wychowała już kilka tysięcy różnych dzieci, w tym rodzeństwo i swoją córkę.

Rodzice są od wychowywania dzieci, inni mogą im w tym pomagać albo przeszkadzać. Ja jestem najstarsza z dziewięciorga rodzeństwa, moja najmłodsza siostra jest ode mnie młodsza o 16 lat. Badania wykazują, że to właśnie pierworodni są najlepsi w wychowywaniu innych. Mnie nikt nie pytał o zdanie. Urodziłam się jako pierwsza, wiec w naturalny sposób stałam się dla mojego rodzeństwa drugą matką – moja mama nazywa mnie tak do dziś. Gdy skończyłam 7 lat, skończyło się moje beztroskie dzieciństwo. Pamiętam, ze byłam zmęczona opieka nad braćmi i siostrami i musiałam dojrzeć jako kobieta, aby uświadomić sobie, ze urodzenie dziecka jest moim największym marzeniem. Pragnę podkreślić, ze moi rodzice byli bardzo troskliwymi i uważnymi osobami – każdy z nas był traktowany indywidualnie. Uważam, ze wyniosłam z domu bardzo staranne wychowanie. Od dziecka wiec doświadczałam wiele i kiedy już zostałam mamą nie powtarzałam błędów popełnionych w czasie opieki nad rodzeństwem.

Zauważyła pani podczas zajęć zmiany więzi rodzic–dziecko?

Wiele dzieci jest bardzo samotnych. Maja rodziców, maja dziadków, czasami rodzeństwo, kolegów, nauczycieli; żyją wśród nich. A jednak często skarżą mi się, ze tak naprawdę nie maja z kim szczerze porozmawiać. Wszyscy dokądś się spieszą, czegoś od nich wymagają, za coś karają. Nie chcą ich wysłuchiwać. Nie są ciekawi ich pomysłów. Te smutki uważają za zabawne, a problemy – za śmieszne. Ja zapraszam dzieci do świata dźwięków. Śpiewamy, gramy na różnych instrumentach, wymyślamy piosenki, choreografie do tych piosenek, słuchamy pięknej muzyki. Słuchamy też siebie nawzajem. Słuchamy co kto mówi, jak śpiewa, co chciałby zmienić, albo dlaczego jest dzisiaj taki smutny. A kiedy już powie – wszyscy to dziecko przytulamy. Mogłabym powiedzieć, ze właściwie wszystko co się dzieje na zajęciach z dziećmi, to muzykoterapia. Kiedy dzieci wychodzą z zajęć, promieniują radością i zadowoleniem. Właśnie taki wpadają w objęcia rodziców i wtedy rodzice proszą, żeby opowiedziały, co się dzisiaj działo. Dzieci opowiadają, rodzice słuchają. Matki i ojcowie powinni poznawać nauczycieli i uczyć się od nich kim jest ich dziecko, ponieważ dzieci często inaczej zachowują się w domu i poza nim. Nierzadko mówię do rodzica: „proszę mnie nie uczyć instrukcji obsługi swojego dziecka. Proszę mi pozwolić poznać swoje dziecko, abym mogła się z nim porozumieć, aby mogła się między nami nawiązać szczera więź”. Od czasu do czasu prowadzę intersujące zajęcia dla nauczycieli, które w ostatecznym rozrachunku bardziej pomagają dzieciom niż dydaktykom, ponieważ zmieniają u nauczycieli podejście do nauczania.

Nieudolna edukacja może zaszkodzić.

Zawsze powtarzam, że szkoła to najgorsze, co mogło mi się w życiu przydarzyć. To samo powtarza moja córka. Teraz szkoła nie jest obowiązkowa, gdyby kiedyś tak było, Róża na pewno nie przekroczyłoby progu żadnej szkoły, podobnie jak Witkacy. Znam wiele wybitnych, inteligentnych osób, które mogłyby uczyć indywidualnie, np. znajomy fizyk uczyłby moją córkę, a ja udzielałabym lekcji gry na fortepianie jego dzieciom.

Mam słuch absolutny, muzyki uczyło mnie wielu nauczycieli, ale nikt z nich nie miał takiego słuchu jak ja. To tak jakby ślepy uczył o kolorach kogoś, kto te kolory widzi. Zaczęłam swoją edukację w szkole muzycznej w wieku 5 lat, a zakończyłam dyplomem Akademii Muzycznej. Na początku nauki zachowywałam się naturalnie i opowiadałam, co słyszę, ale nauczyciele nie byli z tego zadowoleni i okazywali mi to na każdym kroku; byli nieżyczliwi, robili zdumione i zniecierpliwione miny, oskarżali mnie o zbyt wybujałą wyobraźnię. Szybko zorientowałam się, ze nie opłaca się drażnić nauczycieli, wiec zaprzeczałam, że mam taki dar. Robiłam specjalnie błędy w dyktandach, fałszowałam, udawałam, że źle słyszę. Wtedy nauczyciele mieli zadowolone miny, uśmiechali się do mnie. Wygrali. Ale pozornie. Po egzaminach wstępnych na studia zwolniono mnie z wielu przedmiotów, m.in. z kształcenia słuchu, twierdząc, ze nie ma mnie czego uczyć. Nareszcie odetchnęłam.

Teraz ja, kiedy uczę i wybadam dzieci z takim doskonałym słuchem – prowadzę z nimi indywidualne zajęcia. Miałam takie doświadczenie w chórze chłopięcym, jeden z chłopców miał słuch absolutny. Pracowaliśmy wszyscy razem, nagle rozmowa toczyła się tylko między nim a mną, a reszta chłopców wyłączyła się, zamilkła. Któryś powiedział: „bo my w ogóle nie rozumiemy co pani z nim robi”. Przyznałam, że się zagalopowałam, bo Krzyś – tak jak ja – ma słuch absolutny i porozumiewamy się na innym poziomie. Zaplanowałam dla niego indywidualne lekcje, żeby mógł się rozwijać i przede wszystkim – uświadomić sobie jak słuch absolutny się objawia i jak może z niego korzystać. Albo 9-letni Szymek. Przyszedł na moje zajęcia i powiedział, że z powodu słuchu absolutnego ma problemy w szkole muzycznej. Najpierw wyjaśniono mu na czym rzecz polega, a później nagle wszystko robił źle, nauczyciele mu zazdrościli i dokuczali. Chłopiec traktował doskonały słuch jako słabość, chciał się tej umiejętności pozbyć.

Czym się objawia słuch absolutny w życiu codziennym? Dociera do pani zbyt wiele bodźców, które męczą?

Słuch absolutny jest zjawiskiem do końca niezbadanym, może wynikać z genów, ale to też nie jest pewne. Są różne rodzaje takiej umiejętności, można mieć np. słuch barwowy, czyli zdolność rozpoznawania barw instrumentów, np. ktoś rozpoznaje dźwięki wydobywane tylko na fortepianie. Generalnie, słuch absolutny, to precyzyjne określanie wysokości dźwięków. Nadwrażliwość na hałasy, szumy, trzaski to coś innego. Można nie mieć słuchu absolutnego, a być przewrażliwionym na pewne dźwięki i to dotyczy wielu dzieci, szczególnie z dużych miast.

Geny i to, czym nasiąkniemy za młodu to jedno. Ale są też osoby, które mimo braku wzorców w rodzinie i nieprzebywania w artystycznych środowiskach mają ciągoty w kierunku muzyki i sztuki w ogóle. Do takich osób są kierowane Mistrzowskie Warsztaty Agaty Steczkowskiej?

Mistrzowskie Warsztaty są przeznaczone dla wszystkich, bez względu na wiek i predyspozycje artystyczne. Swoje talenty można odkrywać całe życie. Na warsztatach jest 5 zajęć muzycznych i inne pozamuzyczne, w tym: chóralne, instrumentalne, indywidualna emisja głosu, techniki studyjne i reżyserii dźwięku, lutnicze, rzeźbiarskie, plastyczne, taneczne, teatralne, autoprezentacje i wystąpienia publiczne i fotograficzne. W tym roku odbędzie się 11 z nich, pełen opis można znaleźć na stronie mojej fundacji. Warsztaty nazywają się mistrzowskie, ponieważ prowadzą je prawdziwi mistrzowie z danej dziedziny artystycznej. U mnie nie każdy może być mistrzem, choć wielu by chciało. Mistrz to przede wszystkim kulturalny, dobry człowiek, który osiąga sukcesy w swojej dziedzinie co najmniej na poziomie ogólnopolskim, ale też międzynarodowym i jest spełniony artystycznie – w takim sensie, że nie ma kompleksów. Ważne jest też, żeby Mistrz miał talent pedagogiczny. Porozumienie z ludźmi to jedno, zmysł dydaktyczny – drugie. Można być charyzmatycznym, ale mówić tylko o sobie. A na warsztatach ważnie są Warsztatowicze, to dla nich są Mistrzowie, nie odwrotnie.

Wśród warsztatów znalazły się między innymi zajęcia z origami. To nieco osobliwe. Cieszą się popularnością?

Origami jest niedocenianą w Polsce sztuką japońską. Chciałam je pokazać jako element artystyczny, który bardzo rozwija człowieka, angażując obie półkule mózgu. Origami wymaga skupienia, perfekcjonizmu, wielu ludziom te warsztaty pomogły się rozwinąć manualnie, ale też uspokoić. Wystarczy przeczytać opinie uczestników. Osiemnastolatek, który przyjechał ze Lwowa – bo zajęcia są międzynarodowe – przyznał, że nigdy nie zrobił niczego z papieru i ta opcja wydawała mu się dziwna. U nas robił piękne rzeczy, wcześniej nie wiedząc, że tak potrafi. Idąc tym tropem, w tegorocznej edycji wprowadziłam warsztaty z paper upcyclingu. Materiały sprowadzam spod Paryża – dotrze cała paleta papierów niepalnych.

W lipcu odbędzie się już XI edycja, a przecież wcześniej organizowała Pani podobne wydarzenia.

Mistrzowskie Warsztaty zostały zarejestrowane 11 lat temu, ale tak naprawdę te zajęcia prowadzę już dobre dwadzieścia lat. Wcześniej organizowałam mniej formalne tzw. obozy ćwiczebne dla chórzystów. Pomyślałam, że dzieciaki, które tak pięknie śpiewają z pewnością są również rozwinięte w innych dziedzinach artystycznych. Chciałam żeby rysowały, rzeźbiły, tańczyły, ale sama nie czułam się kompetentna, aby prowadzić takie zajęcia. Zaczęłam więc zapraszać znajomych artystów. Ta idea się rozwija, ponieważ podoba się i Mistrzom, i Warsztatowiczom, właściwie podoba się wszystkim. Niektórzy mają pewne osiągnięcia, wygrywają konkursy artystyczne, ale potrzebują Mistrza, żeby osiągać jeszcze lepsze wyniki. Inni nie potrafią nic, ale chcą się dowiedzieć, co może się im spodobać albo upewnić się, że czegoś naprawdę nie znoszą. Próbują zatem wszystkiego.

11 warsztatów i tylko 10 dni zajęć? Albo aż 10.

Przez pierwsze dwa dni każdy warsztat jest przedstawiony przez Mistrza, uczestnicy wiedzą z jaką osobowością będą mieli do czynienia. Trzeciego dnia każdy może zapisać się na listę, wybierając kilka zajęć albo poświęcając się tylko jednemu. Można też być biernym warsztatowiczem, tylko się przyglądać, oswajać. Ukoronowaniem naszej pracy jest Wielkie Przedstawienie i wernisaż. Każdy pracuje bardzo intensywnie, dyscyplina pracy jest stuprocentowa, ale jest też dużo luzu i zabawy. Wszyscy są bardzo kreatywni, radość jest wszechobecna. Mimo obecności mentorów na warsztatach nie oceniamy i nie karzemy. Prawdziwa sztuka nie musi się podobać.

Szczegóły dotyczące Mistrzowskich Warsztatów Agaty Steczkowskiej oraz formularz zgłoszeniowy XI edycji znajdziecie na stronie: Agatasteczkowska.com