Taylor McFerrin

Filip Kalinowski

Zaledwie kilka lat temu skupiona wokół mieszczącego się w Los Angeles klubu Low End Theory scena beatowa była domeną odszczepieńców, miejscem zasiedlanym przez miłośników hip-hopowych instrumentali, bękartów elektroniki i rapu, producentów, którzy dopiero co wyszli z sypialni, w których budowali swoje perkusyjne konstrukcje.

Choć od tamtej pory czasu minęło niewiele, to bieg wydarzeń nabrał tempa, do którego niektórym gatunkom nigdy nie udało się rozpędzić. Młodociani fascynaci samplerów zyskali uznanie w uszach Thoma Yorke’a czy Erykah Badu. Flying Lotus został ochrzczony Jimim Hendrixem XXI w., a jego album „Until the Quiet Comes” – do spółki z dwoma płytami Thundercata – otworzył kalifornijskim beatnikom drogę na salony. Nie o czerwone dywany tu jednak chodzi, ale o living roomy słuchaczy, którzy w muzyce szukają ciepła, a nie dezynwoltury. Melodii, a nie eksperymentu.

Debiutancki krążek najstarszego z synów Bobby’ego McFerrina to bodajże najłatwiej przyswajalne wydawnictwo w katalogu zarządzanej przez Flying Lotusa wytwórni Brainfeeder. Płyta zwiewna i ulotna, balansująca na granicy niedokończenia. Zachowując przyjazną temperaturę soulu obywa się bez rozbudowanych aranżacji i natłoku ornamentów. Płyta, która – jak niewiele innych krążków – sprawdzi się w roli podkładu pod poranny rozruch. Płynnie i delikatnie pozwoli wyrwać się z ramion Morfeusza, wpuści do mieszkania pierwsze promienie słońca, nawet wtedy, gdy za oknem zapanuje jesienna słota. Rezydujący na Brooklynie muzyk potrafi bowiem zatrzeć granicę pomiędzy jazzem i elektroniką w sposób, który większą uwagę zwraca na emocje niż na jego producenckie umiejętności.

W piosenkowych formach, w których wspierają go Emily King, wokalistka australijskiego zespołu Hiatus Kaiyote – Nai Palm czy jego własny ojciec, Taylor McFerrin dowodzi, jak bardzo myli się większość autorów hitów, dla których więcej oznacza lepiej. W instrumentalnych kompozycjach, w których powstaniu brali udział Robert Glasper czy Thundercat, potwierdza natomiast, jak wiele łączy współczesną scenę beatową ze środowiskiem jazzowych improwizatorów. Wszystko to przychodzi mu z lekkością i wyczuciem, które pozwala zapomnieć o tym, że „Early Riser” płynie właśnie z głośników. W przeciwieństwie do mdłych dźwiękowych tapet, którymi wykładane są kolejne chilloutowe składanki, debiutancki krążek McFerrina juniora – przy odrobinie skupienia – pozwala wybrać się w podróż prowadzącą dużo dalej niż z sypialni do kuchni. Nad jej finalnym etapem widać bezmiar kosmosu, a za horyzontem czekają już na odważniejszych słuchaczy albumy jego przyjaciół z wytwórni.

McFerrin w październiku zagra w Polsce. Zawita do Fantomu w Bytomiu, wrocławskiego Starego Klasztoru i do poznańskiego SPOT.

 
„Early Riser”
Taylor McFerrin
Brainfeeder