Czułość mikrofonu

Filip Kalinowski

– Moje pierwsze muzyczne wspomnienie z dzieciństwa dotyczy Billie Holiday. Jej głos płynął przez nasz rodzinny dom – głos pełny, ciepły, intymny i niemożliwy do pomylenia z kimkolwiek innym – w książeczce do swojego najnowszego krążka wspomina José James.

I choć podobnych zdań spodziewałbym się na większości płyt z coverami jednego, konkretnego artysty, to gdy czytam dalsze słowa zaczynam amerykańskiemu wokaliście powoli wierzyć. – Na powrót twórczość Billie odkryłem w trudnym dla mnie okresie dorastania. Podobnie jak ukochane przeze mnie: Nirvana, De La Soul czy A Tribe Called Quest, jej muzyka przemawiała do mnie na dużo głębszym poziomie. Każdy jej utwór był maestrią – maestrią bólu, cierpienia, wiary w muzykę i moc sprawczą przemiany. Znalazłem moją nauczycielkę. Billie Holiday sprawiła, że postanowiłem zostać jazzowym wokalistą, to dzięki niej kroczę dziś tą właśnie ścieżką.

Moje pierwsze muzyczne wspomnienie z dzieciństwa na pewno nie dotyczy Billie Holiday. Jej głos po raz pierwszy świadomie usłyszałem dopiero jako kilkunastolatek. Szukając sampli z których korzystał Pete Rock czy grupa Killarmy natrafiłem na dwie piosenki, które zmieniły moje postrzeganie jazzu. – Mógłbym rozpocząć moją opowieść o intymnym związku, który już od blisko 20 lat łączy mnie z Lady Day – twórczość Billie, w trudnym dla mnie okresie dorastania ceniłem na równi z najbliższym mi wówczas surowym, radykalnym hip-hopem, gatunkiem dzięki któremu poznałem takie utwory jak „Strange Fruit” czy „Swing! Brother, Swing!”. Każdy jej utwór był maestrią – maestrią bólu, cierpienia, wiary w muzykę i moc sprawczą przemiany. Znalazłem mój jazz i moją wokalistkę. Billie Holiday sprawiła, że przestałem myśleć etykietami i stereotypami, to dzięki niej kroczę dziś tą właśnie ścieżką – wspomina José James.

Cieszę się więc, że setne urodziny najwybitniejszej (tak!) afroamerykańskiej wokalistki zostały uczczone przez klasyczny jazzowy label albumem na którym jej – lub spopularyzowane przez nią – piosenki wykonuje José James. Wokalista bardzo zdolny, wymykający się prostym gatunkowym podziałom i potrafiący swoim pełnym, ciepłym, intymnym i niemożliwym do pomylenia z kimkolwiek innym barytonem, nie tylko oddać frazę, ale i emocje. Uczucia, którymi mieni się „Yesterday I Had The Blues” nie mają jednak nic wspólnego z tymi, które targały przedwcześnie zmarłą ofiarą narkotyków, alkoholu, przemocy seksualnej i amerykańskiego systemu opieki społecznej. Na szczęście nie mają. Wyprodukowany przez Dona Wasa, z czułością i delikatnością wygrany przez zespół w skład którego wchodzą: pianista Jason Moran, basista John Patituci i perkusista Eric Harland, zbiór 9 utworów z repertuaru Lady Day bardziej koi niż szarpie nerwy; jest łagodny a nie strudzony, pogodny a nie gotowy do kolejnej walki. Jak rzadko kiedy w długiej historii sięgania po repertuar Eleonory Fagan – jak naprawdę nazywała się Billie – ktoś bowiem nie starał się z nim zmierzyć. Z gustem, elegancją i klasą zaśpiewał te piosenki myśląc o sobie i swojej relacji z wokalistką, a nie o jej dziedzictwie i jego wadze. Mimochodem zaśpiewał też piękną kołysankę dla spokojnie śpiącej, śniącej o lepszym świecie Królowej.

José James
„Yesterday I Had The Blues: The Music of Billie Holiday”
Blue Note